niedziela, 10 marca 2013

Marbella-Malaga-Marbella

Naszym kolejnym etapem podróży była Malaga. Nie wiem czemu, ale zawsze chciałem tam pojechać. Może dlatego, że zawsze lubiłem te cukierki Malagi z Wawla, może dlatego, że mnie zawsze ich nazwa tak fascynowała... i dzięki temu dotarłem do kolejnego niesamowitego miasta narodzin Picassa, którego cenię, podziwiam i szanuje :-)
Niestety, drugiego dnia naszego pobytu w Maladze odkryłem, że zgubiłem moją pamięć zewnętrzną z komputera, gdzie poza zgromadzonymi dotychczas zrobionymi zdjęciami, także jest mnóstwo istotnych informacji dot. mojej skromnej osoby...
I zaczęło się szaleńcze poszukiwanie tego dysku pełnego danych. Plecak dwa razy do góry nogami przewróciłem sprawdzając wszystkie kieszenie i kieszonki. Następnie udaliśmy się z Dannym do Maca gdzie był dostęp do WiFi aby wysłać maila z zapytaniem do pensjonatu Aduar, gddzie nocowaliśmy w Marbelli, czy czasem nie znaleziono tam jakiś rzeczy po naszej bytności i... cisza, bo jak się okazało potem, nie wiedzieć czemu moja poczta nie wysłała tej wiadomości...
Z głową pełną różnych myśli począwszy od tego gdzie mogłem zostawić ów nieszczęsne urządzenie, aż po to jak ktoś skrzętnie może wykorzystać moje dane i ile problemów z tego może wyniknąć, wróciliśmy z Dannym do naszego hostelu. Tam akurat wpadliśmy na sprzątającą nasz pokój przemiłą i sympatyczną Hiszpankę, która opowiadała jak to ludzie w różnych, dziwnych miejscach chowają rzeczy... i wtedy nastąpiło jakby olśnienie!!! Przecież chowałem ów pamięć pod materacem w Marbelli!!! Ludzka pamięć jest zawodna, a może za dużo wina z puszki ;-)
Nie czekając na odpowiedź na maila, który nie wyszedł, odnalazłem pełne dane kontaktowe i zadzwoniłem do pensjonatu. Pani od razu zakomunikowała, że nikt nic nie znalazł, ja jednak usilnie namawiałem ją, aby jeszcze sprawdzić pod materacem. W końcu udało mi się ją przekonać i powiedziała, abym oddzwonił za 15 minut. Dzwoniłem juz po 10 minutach i przez kolejne półgodziny nikt nie odbierał... pełen obaw i nadziei w końcu udało mi się dodzwonić i... tak jest, znalazła się moja zguba!!!
Zatem nic tylko szybko na dworzec i jazda do Marbelli, a do tego na pokładzie autobusu był dostęp do neta, więc czas można było czymś zabić. Po 45 minutach byłem na miejscu i miałem raptem pół godziny, aby dotrzeć do centrum miasta, odebrać moją własność i zdąrzyć na autobus powrotny. Nie wiem jak to zrobiłem, ale zdążyłem dobiec, wziąć "moją pamięć", a w drodze powrotnej zrobić drobne zakupy (bo z tych nerwów od rana nic nie jadłem), wrócić na dworzec, kupić bilet do Malagii, skorzystać z toalety, zjeść ciastko i wsiąść do autobusu powrotnego... i wtedy odkryłem, że nie mam futerału z mojego laptopa!!!
No tak byłem pochłonięty tym, że znalazła się "moja pamięć", iż zapomniałem wziąć ów etui z autobusu, którym jechałem w stronę Marbelli. Nie wiem czy to złośliwość natury, czy aby coś się odnalazło musi się coś zgubić, wkurzony na własną niefrasobliwość wróciłem do Malagi. Jednak jak przystało na prawdziwego ninje podróżnika podszedłem do okienka, gdzie uprzednio kupowałem bilet dopytać, czy aby nikt takiego pokrowca nie oddał. I nie wiem jak to zrobiłem... sympatyczna pani w okienku nie znała angielskiego, a ja ni w ząb hiszpańskiego. Zaczęły się istne kalambury. Pewnie gdy ktoś obserwował to z boku pomyślał, że niezły wariat parodiuje niewiadomo co. A mimo to udało mi się porozumieć na  migi i pani doskonale zrozumiała o co chodzi. Następnie wykonała kilka telefonów i poleciła mi przyjść po moją już kolejną zgubę za godzinę, bo wtedy też przyjedzie autobus, którym wcześniej podróżowałem. I rzeczywiście jak wróciłem tak też mój futerał do mnie wrócił :-)
Wnioski na przyszłość: dziesięć razy sprawdzić czy ma się wszystko, co się ze sobą przyniosło, a przede wszystkim być otwartym na świat i ludzi oraz nie bać się rozmawiać jakkolwiek i używając czegokolwiek - polecam!!!

Niezwykła Marbella

Do Portu w Algeciras przybiliśmy po ok. godzinie płynięcia podczas którego mieliśmy okazję zobaczyć niesamowity Gibraltar. To małe państwo-miasto zlokalizowane na cyplu i wybudowane wokół góry robi fantastyczne wrażenie. Po załatwieniu wszelkich formalności tj. zdobyciu gotówki na dalsze wojarze, posileniu się gdzieżby indziej jak nie u wujka Maca, znalezieniu dworca "PKS" oraz zaopatrzeniu w bilety autobusowe ruszyliśmy do naprawdę pięknej i niecodziennej Marbelli (czyt. Marbijja). Miasto ulokowane na stoku wzgórza, które wchodzi do morza naprawdę jest godne odwiedzenia, zwiedzenia i spędzenia kilku chwil na plaży. Momentami człowiek czuł się tam jak w ziemskim raju, zatem nic dziwnego, że bardzo często na ulicach słychać, oczywiście poza hiszpańskim, niemiecki i rosyjski. Jedni przyjeżdżają zwiedzać i się urlopwać, drudzy dorobić na emigracji zarobkowej. Co wcale nie dziwi, gdyż w okresie letnim jest to jedno z najbardziej obleganych miast hiszpańskich szczególnie przez tych z grubszymi portfelami. A przyciąga tu wszystkich wręcz filmowa plaża (część Costa del Sol, czyli Wybrzeża Słońca), maryna z wypasionymi żaglówkami i łódkami, deptak wzdłuż wybrzeża, gdzie sytuuowanych jest mnóstwo kafejek, restauracji i barów. Pośrodku tej promenady znajduje się coś w rodzaju pasażu z rzeźbionymi odlewami prac Salvadora Dali. Każda rzeźba dostarcza całkiem odmiennych wrażeń artystycznych i abstrakcyjnych, zresztą co tu wiele pisać, kto zna prace Dalego wie o czym mowa, kto nie zna powinnien się przekonać na własnych oczach :-)
Ponadto Marbella ma bardzo ciekawą i wyjątkową starówkę, gdzie czasem można się pogubić w plątaninie wąskich uliczek, które wyglądają niemalże tak samo. Na szczęście co jakiś czas na ścinach domów wmurowane są ceramiczne plany miasta, zatem jak szybko człowiek się zgubi, tak szybko może się odnaleźć... Niesamowite wrażenie robi kościół a raczej Parafia Przemienienia Pańskiego zbudowana w miejscu dawnego meczetu (generalnie miasto zostało zbudowane na ruinach mauretańskiej Medyny). W środku jest na bogato, niejedna katedra nie ma takiego wyposażenia w stylu późnego baroku i rokkoko. Zatem warto tam zajrzeć, jak również przejść się przez Plac Pomarańczy, gdzie miałem to szczęście być w okresie kiedy jest sezon pomarańczowy i wszystkie drzewa obwieszone były tymi cytrusowymi owocami.
Ja i Danny mieliśmy okazję tego wszystkiego doświadczyć. Wałęsając się po mieście zgodnie z prawem nie chcieliśmy spożywać wina bezpośrednio z butelki na ulicy. Mój kompan w tym celu zaopatrzył nas w dwie puszki po napojach gazowanych i w ten sposób zupełnie na legalu mogliśmy się rozkoszować urokami tego andaluzyjskiego miasteczka od czasu do czasu łykając doborowe wino :-)
Z dodatkowych atrakcji jakich przyszło nam tutaj przeżyć to Danny wybrał się do kasyna w trakcie siesty i jego portfel uszczuplał o 100 EUR, bo nie dość że poza sezonem kasyno nie oferuje wszystkich atrakcji, to raczej godziny jego pełnego urzędowania zaczynają się po 20-tej. A chciał sobie chłopak dorobić...
I co najważniejsze po prawie 3 tygodniach podróżowania w końcu udało nam się zrobić pranie w ogólnodostępnej pralnii zlokalizowanej na... stacji benzynowej. Ciekawe wydarzenie, tym bardziej, że po raz pierwszy korzystałem z tego typu rozwiązania, aby zdobyć czyste ubrania i bieliznę niezbędne do dalszej podróży...

poniedziałek, 4 marca 2013

Tanger, czyli pożegnanie z Afryką

Myknes dało nam nieźle popalić, zatem następnego dnia nie było łatwo zwlec się nam z łóżek i rozpocząć dalszy ciąg naszej wspólnej podróży. Przy śniadaniu poznaliśmy sympatyczną Katrin z Belgii. Kobieta w średnim wieku, która na codzień zajmuje się pomocą i przystosowywaniem obcokrajowców, w tym Marokańczyków, na terenie jej kraju. Katrin spędziła miesiąc w Maroku i wybierała się w drogę powrotną, aczkolwiek jej kolejna destynacja to nieszczęsny Fez, zatem nieco się minęliśmy i na dworcu kolejowym musieliśmy się rozstać, a szkoda...
Podróż z Myknes do Tangeru trwała 4 godziny i był to czas kiedy z okien pociągu można było poobserwować jakże odmienny od części południowej krajobraz. O ile na południu przeważają pustynne i czasami górzyste widoki, pełne kaktusów różnej odmiany, a także z rzadka można zobaczyć wioski czy też większe ośrodki rolnicze, to północ kraju już jest bardziej zaludniona, bardziej uprzemysłowiona i o dziwo bardziej zielona.
Ba! Widziałem nawet miasto/dzielnicę, gdzie były już wybudowane drogi i chodniki, postawione latarnie, podciągnięta kanalizacja, tylko domów było brak - zupełnia na odwrót jak w Polsce ;-)
Znamienne dla tych widoków jest to, że czy przejeżdżałem małe miejscowości, gdzie domy to były istne lepianki, czy też były do mieszkania nad bazarami w Medynach, jak również stare i nowe bloki mieszkalne, wszędzie były zamontowane anteny satelitarne, jakby to było niezbędne, a zarazem bezwzględne minimum każdego domostwa.
Do Tangeru dotarliśmy bez przeszkód i zaczeliśmy poszukiwanie naszego kolejnego hostelu zlokalizowanego blisko portu skąd następnego poranka mieliśmy popłynąć do Europy, a konkretniej do Algeciras w Hiszpanii. Tanger robi dosyć osobliwe wrażenie. Zupełnie inaczej jak w odwiedzonych przeze mnie miejscach wszędzie wywieszone są olbrzymie czerwone flagi Maroka oraz o wiele częściej można spotkać, ba nawet na bilbordach, portety króla Mahometa VI. Tak jakby wyraźnie chciano zaznaczyć, że miasto to jest bardziej marokańskie niż cała reszta.
Kiedy z Dannym dotarliśmy do miejsca, w którym miał być zlokalizowany nasz hostel, okazało się, że tego schroniska nie ma już od blisko czterech lat... zatem wujek Google wprowadził nas w błąd, jak się później okazało nie pierwszy raz. Za radą starszego, postawnego pana ruszyliśmy w stronę Medyny zlokalizowanej tuż obok portu, gdzie na jednej z głównych ulic miało być zlokalizowanych kilka tańszych hoteli i pensjonatów. I rzeczywiście tak było, szybko znaleźliśmy miejsce na nocleg w "hotelu" Madryt, który wbrew pozorom, w porównaniu do warunków w Casablance był w miarę zadbany i czysty. Jedynym mankamentem, z czego mieliśmy niezły ubaw, był prysznic zlokalizowany bezpośrednio nad ubikacją. Zatem siedząc na "tronie" można było śmiało wziąć sobie kąpiel :-)
Po tym jak ulokowaliśmy nasze rzeczy postanowiliśmy kupić bilety na prom i tutaj spotkała nas "miła" niespodzianka. Okazało się, że od kilku lat z portu gdzie wylądowaliśmy promy w stronę Gibraltaru już nie odchodzą, a jedynie z nowego portu oddalonego o ponad 50 km o nazwie Tanger MED. Zatem wujek Google znowu nas okłamał, a raczej nie był na bieżąco z aktualnymi informacjami. Dlatego jeśli ktoś będzie się wybierał w te rejony, pamiętajcie Tanger i Tanger MED to praktycznie dwie różne miejscowości.
Po tym jak już zakupiliśmy bilety na naszą poranną przeprawę przez cieśninę gibraltarską i dowiedzieliśmy się mniej więcej skąd odchodzi bus, ruszyliśmy na obiad do jednej z tradycyjnych knajpek. Na pożegnanie z Afrką zamówiliśmy sobie tangin Danny wołowe, a ja z kurczakiem... i zdziwiony byłem, kiedy na stół wjechał kurczak, a raczej całe udko w sosie curry pozypane stertą frytek i to wszystko razem zapieczone. Dziwny układ, jednak bardzo smaczny. Po obfitym obiedzie postanowiliśmy odwiedzić jeden z lokalnych barów, aby zwieńczyć dzień piwem, hitem exportowym o nazwie Casablanka. Mimo wygórowanej ceny, bo aż 35 dirham za butelkę 0,33, warto było spróbować tego oryginalnego z nazwy i smaku trunku.
Koniec końców udaliśmy się do naszego hotelu i o 21-szej grzecznie ululani leżeliśmy już w łóżkach, bo o 5-tej rano trzeba było nam wstać, aby zdążyć na autobus, który miał jechać o 6-tej... Wstaliśmy jak niemrawe skowronki. Za oknem ciemno, zimno i ponuro. Miasto jeszcze nie rozpoczęło swego codziennego dnia, kiedy my już snuliśmy się jego wymarłymi ulicami. Dotarliśmy na dworzec autobusowy, który był wyjątkowo ruchliwym miejscem o tej porze dnia i co się okazało... że przewoźnik odwołał nasz kurs, gdyż było za mało chętnych. Wówczas dzięki znajomości arabskiego Dannego udało nam się zdobyć informację, że nieopodal dworca jest główne rondo i tam co rano o 7-mej przyjeżdża inny autokar, który zabiera wszystkich chętnych bezpośrednio do Tanger Med. Czekaliśmy z duszą na ramieniu, bo przystanek nie był w żaden sposób opisany, żadnej tabliczki informującej, po prostu nic. Pytaliśmy innych pasażerów o to czy rzeczywiście zatrzymuje się tu taki autobus, to wszyscy namawiali nas do wzięcia taksówki... a sami wsiadali do przedziwnych busów i busików, które niewiadomo skąd się pojawiały i niewiadomo w którym kierunku podążały... Wybiła 7 i o dziwo podjechał jakiś biały, wypasiony autokar, oczywiście bez żadnej tablicy informującej dokąd zmierza, no bo i po co ;-)
Kiedy w końcu przebiliśmy się przez tłum pozostałych pasażerów udało nam się potwierdzić, że to ten właściwy autobus, który nas zawiózł do tego właściwego portu.
Odprawę celno-kontrolną mieliśmy o 9-tej, zatem mieliśmy jeszcze chwilę na poranne espresso i bagietkę z dżemem figowym, które udało mi się na szybko zakupić w trakcie porannego marszu w drodze na dworzec. Prom miał odpłynąć o 10-tej, jednak z uwagi na spore wiatry sztormowe wypłynięcie zostało przesunięte o godzinę. W związku z czym szalony Ninja, czyli ja ruszył na samotne zwiedzanie portu, tylko szkoda, że w tym czasie właśnie podstawili autobus, który zawoził pasażerów bezpośrednio do terminalu skąd odchodził prom. W jakże wielką konsternację wpadłem w momencie, kiedy idąc sobie drogą mijał mnie bus na pokładzie z machającym i uśmiechniętym Dannym... nie wiedzieć w którą stronę ruszyć pobiegłem w kierunku odprawy celnej, bo nie byłem pewien czy mój amerykański towarszysz zabrał ze sobą również moje klamory.... na szczęście całą sytuację zobaczył jeden celnik i przez walki-talki zatrzymał autobus, a ja w długą ruszyłem w jego kierunku. Ostatnie formalności w terminalu i szczęśliwie dotarliśmy na pokład statku, który miał nas dostarczyć do bram Europy, a całość zająła nam raptem 6 godzin!!!

Po raz pierwszy... Myknes

Moja znajomość i podróż z Danielem dopiero co się rozpoczęła (dowiedziałem się, że Danny zna trochę arabski oraz francuski) a nie sądziłem, że przeżyję tyle ciekawych przgód. Z Fez do Myknes dostaliśmy się pociągiem w ciągu godziny. Bardzo szybko też znaleźliśmy nasz hostel, a raczej kolejny aubergine, gdzie zasady bytowania były normalne, za wyjątkiem takim, że ciepła woda była dostępna cały czas, tylko, że tym razem dodatkowo płatna - dosłownie tak jak na mazurskich jeziorach ;-)
Po zameldowaniu i rozpakowaniu ruszyliśmy na szybki lunch i po raz pierwszy jadłem typowo narodowe, marokańskie danie czyli tzw. tangine podawane tutaj w jeden sposób to jest na glinanianym talerzu pod glinianą pokrywką w kształcie stożku z otwartą górą (coś na zasadzie komina) gotowane są różnego rodzaju mięsa z warzywami i innymi dodatkami oraz z dużą ilością przypraw - zmielony kminek rządzi! W każdym razie danie to spożywać powinno się palcami tąkając w sosie charche czyli typowy marokański chleb - palce lizać!!!
Po naszym wypasionym obiedzie ruszyliśmy z Dannym w dalszą drogę do Moulay Idriss Zerhoun a konkretnie do Volubilis gdzie mieszczą się ruiny antyczngo miasta imperium rzymskiego. Nasza podróż odbyła się w dość nietypowy sposób, gdyż po raz pierwszy za 10 dirhamów od osoby jechaliśmy "taksówką" a konkretnie starym mercedesem
model W115, czyli zwykła osobówka, do której wchodziło poza kierowcą, skromnie 6 pasażerów. I zaczęła się ostra jazda "bez hamulców", a raczej prawdziwa jazda bez trzymanki! Podziwiałem mocne, ba stalowe nerwy kierowcy, który ze stoickim spokojem gzuł po dosyć mocno zatłoczonych górzystych drogach, wymijając inne pojazdy niczym przeszkody ustawione w trakcie slalomu... momentami brakowało tchu w płucach i niewiadomo czy to z tej cisnoty, zaduchu, czy też z podekscytowania szybką jazdą?! W każdym razie wtedy właśnie przeżyłem swoje kolejne WOW w życiu!!! Po dotarciu na miejscu, mijając kontrolę policyjną, która nawet nie zwróciłana nas uwagę, bo tutaj to standard taki rodzaj taksówki, ruszyliśmy w kierunku Volubilis, gdzie olśniły nas zabytki starożytnej stolicy Mauretanii, której początki datuje się na III wiek przed naszą erą. Stojąc na ruinach Tingitana, można poczuć ducha tamtych czasów i udać się w swoistego rodzaju podróż do przeszłości. Zatem nic dziwnego, że zabytek ten jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Po kilku godzinach wiejskimi drogami wróciliśmy do Moulay, gdzie posiliwszy się jednym z lokalnych placków ruszyliśmy w drogę powrotną tym samym środkiem transportu, z tym że teraz na przednim siedzeniu i wierzcie mi adrenalina była jeszcze wyższa, a do tego przepiękny zachód słońca :-D
Do Myknes dotarliśmy już we wczesnych godzinach wieczornych i postanowiliśmy się wybrać do Medyny... z której nie potrafiliśmy się wydostać przez kolejne dwie godziny. Po raz pierwszy nie potrafiłem odnaleźć drogi, którą tutaj dotarliśmy. Wszystko było w porządku do czasu kiedy wszystkie stragany i bazary były pootwierane. Problem się zacząłw momencie, kiedy handlarze pozamykali swoje budy, a tym samym zatarli większość znaków rozpoznawczych drogi powrotnej. Dzięki temu poznaliśmy aż 3 różne wejścia do Medyny, tylko nie to, którym do niej weszliśmy...
W połowie drogi, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że jesteśmy na złej drodze, trafiliśmy na plac, gdzie serwowano potrawy z garkuchni, a przede wszystkim gotowane ślimaki, na których spróbowanie od pewnego czasu już się nastawiałem. I nadeszła ta chwila, w końcu się przełamałem i po raz pierwszy zamówiłem pełną michę ślimaków w sosie własnym. Najgorszy był ten pierwszy, bo potem szło już jak spłatka, do tego stopnia, że się nawet w nich rozsmakowałem. Mój amerykański współtowarzysz spróbował tylko jednego i jak sam przyznał był to szczyt jego możliwości. W każdym razie następnego dnia... napiszę tylko tyle, że nieźle czyściły te ślimaki ;-)
Kiedy już się zorientowaliśmy z Dannym, że jesteś w czarnej dupie jeśli chodzi o drogę powrotną, jeden lokalny człowiek, który nic nie chciał w zamian, niech Allah świeci nad jego duszą, wskazał nam kolejną bramę. Jak się okazało nie naszą, ale z oddali zobaczyliśmy mały świecący na żółto znak w kształcie litery M i już wiedzieliśmy, że jesteśmy na właściwej drodze ku naszemu domu tj. niedaleko miejsca gdzie noclegowaliśmy. Danny zatrzymał pierwszą nadjeżdżającą taksówkę i za 5 minut byliśmy... na kolacji w McDonaldzie tzn. Danny jadł, bo ja jeszcze byłem pełen ślimaków - ach ci Amerykanie :-)

czwartek, 28 lutego 2013

Funky Fez

W sumie tytuł postu zaczerpnąłem z oryginalnej nazwy hostelu, który się mieści gdzieś na terenie starej Medyny, a do którego nigdy nie udało mi się dotrzeć, ale tak to właśnie miało być... Nim jednak dalej rozwinę ten wątek to wszysto po kolei. Do Fezu dotarłem niedługo po południu i wybrałem się na poszukiwanie hostelu, który mi polecił Christian z Kolonii, czyli nasz kolega Niemiec, którego miałem okazję poznać w Rabacie.

Jak się później okazało Medyna w Fezie jest jedną z najniebezpieczniejszych w całym Maroku, gdyż poza tym, że uliczki są mega wąskie, co z jednej strony jest dobre, bo nie ma żadnego ruchu samochodowego czy też motorowego, to z drugiej strony trzeba się momentami przeciskać przez tłumy tubylców, turystów i osłów, co momentami należy już do mniej przyjemnych czynności. Do tego w samej tylko Medynie, jeśli wierzyć prawdzie podawanej przez lokalną społeczność, jest raptem 10.000 tak, nie pomyliłem się 10 tys. ulic i uliczek, którymi mogą nawet być wąskie szczeliny!!! Masakra, gdyż poza głównymi traktami nigdzie nie ma tabliczek podających gdzie jesteś, to jeszcze tak jak w Marakeszu chętnych do pomocy jest napęczki, jednak za darmo umarło. Zatem tak chodząc i błądząc można się szybko zgubić w tym tłumie i labiryncie, a przy okazji, tak jak ja zostać obrzuconym kamieniami (na szczęście miałem czapkę, zimową kurtkę i twardy plecak), jak również obelgami typu "ty jesteś rasistą, wynocha z naszego miasta!!!" I nawet próby udowodnienia, że się nie zna obcego języka i odpowiadanie tylko po polsku skończyły się na niczym, gdyż oni też znają polski i polskie przekleństwa... 
Po 2 godzinach błądzenia, obdarciu sobie pięty, przejściu przez niemiłosiernie śmierdzącą garbarnię, u kresu sił i pod zmierzch, postanowiłem wrócić do Nowego Miasta, gdzie mieścił się inny Aubergin. I tutaj się właśnie dowiedziałem o niebezpieczeństwach jakie na mnie czekają w Medynie, co nieopatrznie zdążyłem przeżyć już na własnej skórze.
I pomimo iż znalazłem się już w bezpiecznym miejscu, to tak jakbym wpadł z deszczu pod rynnę, gdyż o bardziej śmiesznych i absurdalnych zasadach pobytu w schronisku młodzieżowym nie słyszałem: 
1. Schronisko musi być zawsze zamknięte, zatem nigdy nie zostawiaj drzwi frontowych otwartych.
2. Każdorzowo po opuszczeniu pokoju zdaj klucz w recepcji (bez względu na to czy jesteś na terenie ośrodka czy też nie).
3. Drzwi frontowe zamykane są o 21-szej i o tej godzinie nikt juz nie może opuścić hostelu, ani na jego teren wejść.
4. Ciepła woda dostępna jest tylko od 8 do 9 rano i od 20 do 21 wieczorem.
5. "Darmowe" śniadanie, co jest mocno podkreślane, serwowane jest od 8.30 do 9.30 - chociaż nie takie złe - 2 croissanty, kawa i sok pomarańczowy są gwarantowane, to zapomnij o dokładkach czy dolewkach czegokolwiek - każdy ma swoją porcję wyliczoną i poza nią na nic więcej nie można liczyć.
6. Ośrodek ma przerwy techniczne: od 10.00 do 12.00 i od 15.00 do 18.00 - nikt na terenie schroniska nie ma prawa przebywać.
7. Wymeldowanie następuje o godzinie 10.00, jeśli do tej godziny się tego nie zrobi należy ujścić opłatę za kolejny nocleg i co najważniejsze na terenie tego hostelu nie ma przechowalni bagażu... zatem punkt 10.00 czy "z" czy "bez" bagażu wynocha na dwór poza teren ośrodka - funny Fez!
 Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W moim nowym miejscu spoczynku poznałem dwie dwudziestokilkuletnie, żeby nie było, że kobietom wiek wypominam, "Niemki" Kasię i Claudię. O ile Claudia rzeczywiście była Niemką z dziada pradziada, to już Kasia była dopiero pierwszym pokoleniem wychowanym na terenie BRD.
Dziewczyny niezwykle sympatyczne, otwarte i miłe, a z Kaśką to się nagadać nie mogliśmy, gdyż temat rodził kolejny temat i tak bez końca... Jak się później okazało, czego jestem pełen podziwu, Claudia jest/była w 7 miesiącu ciąży, a mimo to wybrała się na pełną niebezpieczeństw wyprawę po Maroku i to nie po jakiś centralnych miastach, ale wioski, pustynia, góry!!! Szok i wyrazy uznania, tylko żal Kasi która musiała znosić codzienne humory przyszłej mamy, no ale to już ich wybór :-)
Oprócz Dziewczyn poznałem też 27-letniego Amerykanina Daniela, którego w dalszych częściach dla uproszczenia sprawy będę nazywał Dannym. Z początku z dystansem do siebie zaczęliśmy przełamywać bariery braku wspólnego zaufania, a po paru godzinach juz opowiadaliśmy sobie kawały. Po tym jak następnego dnia wyrzucili nas o 10-tej rano z hostelu i odprowadziliśmy Dziewczyny do taksówki, bo jechały dalej, wspólnie ruszyliśmy na podbój Fezu. Tyle tylko, że jak dotarliśmy do głównej bramy Medyny złapała nas burza wraz z ulewnym deszczem.

Postanowiliśmy przeczekać tą nawałnicę w pobliskiej kawiarni gdzie raczyliśmy się gorącą herbatą ze świeżymi liściami mięty... Niestety deszcz nie ustępował, a że już minęły godziny "policyjne nieczynności" naszego schroniska zdecydowaliśmy się na drogę powrotną. I tak przemoczeni do ostatniej nitki wróciliśmy do naszego "wspaniałego" hostelu, gdzie w naszym pokoju czekali już na nas, a raczej dopiero co zameldowali się Joshi z Japonii i Mr Bean z Rzeszowa. Joshi młody kelner i kucharz uczył się gotować i poznawał uroki i smaki lokalnej kuchni. Ba! nawet nas poczęstował swoimi wypiekami :-) a kolega z Polski, który nawet nie raczył się przedstawić, wiem jedynie że pracuje w domowym call center i mieszka w Cork, to generalnie człowiek nastawiony na "nie", na narzekanie i utyskiwanie na wszystko i wszystkich wokół siebie... bhuuu takich ludzi unikamy, jednak z Dannym odkryliśmy szybko w nim kilka śmiesznych zachowań, zatem ochrzciliśmy go ksywką Mr Bean :-) i tak upłynął mi dzień moich urodzin, a moja przygoda z Dannym dopiero się rozpoczęła...

Cywilizowany Rabat

Witam po tygodniowej przerwie i mam nadzieję, że szybko uda mi się nadrobić zaległe opowieści i podsumować Maroko. Spośród wszystkich miast jakie miałem okazję zwiedzić w tym czarującym kraju, Rabat jak na stolicę przystało zadziwił mnie najbardziej. Miasto sprawnie i skrzętnie zorganizowane, jednak już bez setek wyciągniętych rąk po każdy grosz i bez narzucających się handlarzy czy też osób, które za wszelką cenę chcą Ci pomóc.

W Rabacie udało mi się odkryć hostel a raczej całą sieć hosteli działających w ramach międzynarodowego hostelingu Auberge des Jeunes. Dla tych którzy chcieliby tanim kosztem zwiedzić Maroko, a do tego poznać ciekawych świata podróżników podaję stronę, którą wcale tak łatwo nie jest namierzyć: http://aubergerabat.com/Reseaux-des-auberges-du-Maroc.php Miejsce noclegu ma swój fantastyczny klimat, są tu aż trzy dormitoria po 20 łóżek każde, jeśli ktoś lubi takie klimaty warto się zatrzymać. Samo schronisko mieści się przy głównej Medynie, aczkolwiek co jest ważne cały Rabat jest zbudowany w oparciu o kilka Medyn, które niegdyś stanowiły odrębne fortece i służyły przede wszystkim do ochrony przed najeźdźcami a konkretniej chroniły rodzimych mieszkańców przed atakami Hiszpanów, Francuzów i Portugalczyków. Ostatecznie, kiedy wszelkie zagrożenia minęły współczesne miasto rozbudowało się pomiędzy Medynami i momentami nowoczesność mocno łączy się, a raczej miesza ze starymi zabudowaniami.

W każdym razie jak całe Maroko, taki i Rabat jest pełen skrajności. Wzdłuż rzeki rozdzierającej miasto na pół wybudowano szereg nowoczesnych apartamentowców z widokiem na najmniej reprezentacyjną, ba wręcz rynsztokową część miasta. I tak jak cały świat, tak i tutaj biedni patrzą w okna bogatych, a bogaci zasuwają rolety, aby tej biedy nie obserwować...


Najważniejsze jednak jest to, że miasto żyje swoim rytmem, generalnie jest czysto, mieszkańcy są przyjaźnie nastawieni, a wzdłuż wspomnianych juz Medyn można sobie pospacerować na plażach i podreptać po zatokach odpływając jednocześnie w szumie fal Atlantyku rozbijających się o wybrzeże.

Z ciekawszych zdarzeń jakich miałem okzaję tutaj doświadczyć to poznałem grupę belgijskich nastolatków ze szkoły malarsko-artystycznej - niestety z całej grupy w języku angielskim mogłem się skomunikować raptem z jedną dziewczyną i to tak bardzo skromnie... Natomiast miałem okazję poznać Niemca Christiana z Kolonii i tutaj znowuż ja miałem okazję odświeżyć i potrenować mój niemiecki :-) Mimo iż postanowiliśmy z Christianem razem pozwiedzać stolicę Maroka, ba nawet udało nam się dotrzeć do miejsca pochówku poprzednich władców jak Mohamed V i Hassan II, to niestety mojemu nowemu kompanowi żąłądek non-stop odmawiał posłuszeństwa i nawet standardowo serwowane tu miętowe herbaty na nic się zdały. Zatem przyszło mi zwiedzać Rabat dalej samemu i może dzięki temu w jednej z Medyn ukradkiem udało mi się wedrzeć do jednego z Monastyrów (oczywiście po uprzednim zdjęciu obuwia - co jak co ale szacunek dla tradycji i kultury trzeba zachować) - co generalnie nam innowiercą jest zakazane.

Pozwiedzałem też dzielnice totalnej biedy, gdzie dzieciaki bawią się byle czym i byle gdzie, aż przypominają się czasy mojego dzieciństwa kiedy to nie było komputerów, a w TV nic nie leciało i wszyscy ganialiśmy za balą, bawiliśmy się w podchody, chowanego czy w kowbojów i indian albo strzelanego albo jeszcze prościej w kto dalej rzuci butem z huśtawki... w każdym razie beztroskie dzieciństwo marokańskich dzieci było miło choć przez chwilę poobserwować. Jednak niektóre obrazki nie wiedzieć czemu kojarzyły mi się bardziej z meksykańskimi czy też brazylijskimi dzielnicami nędzy i rozpaczy...

Tutaj też udało mi się spróbować poraz pierwszy miętowego placka, czosnkowego naleśnika czy też obrzydliwie słodkich midowych precli czy czegoś w tym rodzaju, obsypanych sezamem. Rabat polecam koniecznie odwiedzić, bo naprawdę warto! ;-)

czwartek, 21 lutego 2013

Przereklamowana Casablanka

Do Casablanki wybrałem się prosto z Marakeszu, aczkolwiek w pierwszej opcji zakładałem, że najpierw wybiorę się do Agadiru na plażę. Jednak jak zobaczyłem ceny hosteli i hoteli zaczynające się od 50 EUR za 3 dni to stwierdziłem, że nie po to przyjechałem do Maroko, aby płaszczyć tyłek na plaży, tylko zobaczyć, poznać, zasmakować jak najwięcej. Zatem olałem cały ten Agadir i ruszyłem w górę w kierunku Tangeru zatrzymując się w róznych miastach i wsiach.

Na początek jak sam tytuł posta wskazuje pojechałem do Casablanki, miejsca wielu filmów, miejsca które zawsze chciałem zobaczyć na własne oczy. W końcu tyle się o tym słyszało i mówiło nawiązując do filmu z udziałem Ingrid Bergman i Humprey Bogardem na czele. W pociągu poznałem młodego marokańczyka imieniem Jean, z którym nawiązałem kontakt i który mi pomógł znaleźć hotel, gdzie spędziłęm kolejne dwie noce.

I w zasadzie wszystko od tego hotelu się zaczęło. Ba! można powiedzieć jaki hotel takie miasto! Hotel o wdzięcznej nazwie CITY zlokalizowany zaraz obok dworca kolejowego swym urokiem, ceną i otoczeniem wręcz powalał na kolana. W recepcji urzęduje, a razcej króluje właściciel, który wygląda niczym Kadafi i za całe 7 EUR można u niego wynająć pokój rodem z filmów "Piła" i nawet nie trzeba by było go specjalnie przystosowywać, zmieniać. Wszędzie bród, kiła i mogiła. Grzyb na ścianie, odpadający tynk, zmunifikowane szczątki najprawdopodobniej myszy, a jedyne światło to żarówka podłączona do kabli. Brak prysznica oraz otwór w dole zamiast toalety - miód, cud, orzeszki - welcome to Casablanka!!! I żeby nie było specjalnie zdecydowałem się na to miejsce, bo takiego czegoś jeszcze nie miałem okazji ani zobaczyć, ani przeżyć na własnej skórze :-)

Nawiązując jeszcze na chwilę do okolicy, to hotel mieścił się obok jakiejś "hurtowni", gdzie o różnych porach podjeżdżały jakieś podejrzane ciężarówki i ładowali różnego rodzaju sprzęt niewiadomego pochodzenia. Przez ściany słychać było sąsiadów, a przez zamknięte okna ujadające i wyjące psy... a najważniejsze, że przeżyłem to bez szwanku!!!
Samo miasto widać, że swoją świetność już dawno ma za sobą. Nic ciekawego, nawet Medyna nie robi żadnego większego wrażenia. Z nowości to mają dwie linie tramwajowe, gdzie na każdym przystanku są sokiści pilnujący, aby ktoś czasem nie wsiadł do tramwaju bez ważnego biletu. A tak poza tym to udało mi się zwiedzić sąd. Ciekawe wydarzenie, tym bardziej, że wszedłem tam na lewo tzn. omijając strażników. Hmmm i w sumie pokrążyłem sobie po budynku, pozaglądałem do różnych pokojów i sal rozpraw i generalnie wszystko tak samo jak u nas :-)
Ostatecznie wybrałem się na plażę, która brudna i zaniedbana niczym nie przypominała filmowych, a nawet folderowych zdjęć i klimatów... zatem jeśli już będziecie w Maroko to nie traćcie czasu na Casablankę, chyba że chcecie zasmakować w ekstremalnych warunkach hotelowych, to chętnie dam namiary ;-)