niedziela, 10 marca 2013

Marbella-Malaga-Marbella

Naszym kolejnym etapem podróży była Malaga. Nie wiem czemu, ale zawsze chciałem tam pojechać. Może dlatego, że zawsze lubiłem te cukierki Malagi z Wawla, może dlatego, że mnie zawsze ich nazwa tak fascynowała... i dzięki temu dotarłem do kolejnego niesamowitego miasta narodzin Picassa, którego cenię, podziwiam i szanuje :-)
Niestety, drugiego dnia naszego pobytu w Maladze odkryłem, że zgubiłem moją pamięć zewnętrzną z komputera, gdzie poza zgromadzonymi dotychczas zrobionymi zdjęciami, także jest mnóstwo istotnych informacji dot. mojej skromnej osoby...
I zaczęło się szaleńcze poszukiwanie tego dysku pełnego danych. Plecak dwa razy do góry nogami przewróciłem sprawdzając wszystkie kieszenie i kieszonki. Następnie udaliśmy się z Dannym do Maca gdzie był dostęp do WiFi aby wysłać maila z zapytaniem do pensjonatu Aduar, gddzie nocowaliśmy w Marbelli, czy czasem nie znaleziono tam jakiś rzeczy po naszej bytności i... cisza, bo jak się okazało potem, nie wiedzieć czemu moja poczta nie wysłała tej wiadomości...
Z głową pełną różnych myśli począwszy od tego gdzie mogłem zostawić ów nieszczęsne urządzenie, aż po to jak ktoś skrzętnie może wykorzystać moje dane i ile problemów z tego może wyniknąć, wróciliśmy z Dannym do naszego hostelu. Tam akurat wpadliśmy na sprzątającą nasz pokój przemiłą i sympatyczną Hiszpankę, która opowiadała jak to ludzie w różnych, dziwnych miejscach chowają rzeczy... i wtedy nastąpiło jakby olśnienie!!! Przecież chowałem ów pamięć pod materacem w Marbelli!!! Ludzka pamięć jest zawodna, a może za dużo wina z puszki ;-)
Nie czekając na odpowiedź na maila, który nie wyszedł, odnalazłem pełne dane kontaktowe i zadzwoniłem do pensjonatu. Pani od razu zakomunikowała, że nikt nic nie znalazł, ja jednak usilnie namawiałem ją, aby jeszcze sprawdzić pod materacem. W końcu udało mi się ją przekonać i powiedziała, abym oddzwonił za 15 minut. Dzwoniłem juz po 10 minutach i przez kolejne półgodziny nikt nie odbierał... pełen obaw i nadziei w końcu udało mi się dodzwonić i... tak jest, znalazła się moja zguba!!!
Zatem nic tylko szybko na dworzec i jazda do Marbelli, a do tego na pokładzie autobusu był dostęp do neta, więc czas można było czymś zabić. Po 45 minutach byłem na miejscu i miałem raptem pół godziny, aby dotrzeć do centrum miasta, odebrać moją własność i zdąrzyć na autobus powrotny. Nie wiem jak to zrobiłem, ale zdążyłem dobiec, wziąć "moją pamięć", a w drodze powrotnej zrobić drobne zakupy (bo z tych nerwów od rana nic nie jadłem), wrócić na dworzec, kupić bilet do Malagii, skorzystać z toalety, zjeść ciastko i wsiąść do autobusu powrotnego... i wtedy odkryłem, że nie mam futerału z mojego laptopa!!!
No tak byłem pochłonięty tym, że znalazła się "moja pamięć", iż zapomniałem wziąć ów etui z autobusu, którym jechałem w stronę Marbelli. Nie wiem czy to złośliwość natury, czy aby coś się odnalazło musi się coś zgubić, wkurzony na własną niefrasobliwość wróciłem do Malagi. Jednak jak przystało na prawdziwego ninje podróżnika podszedłem do okienka, gdzie uprzednio kupowałem bilet dopytać, czy aby nikt takiego pokrowca nie oddał. I nie wiem jak to zrobiłem... sympatyczna pani w okienku nie znała angielskiego, a ja ni w ząb hiszpańskiego. Zaczęły się istne kalambury. Pewnie gdy ktoś obserwował to z boku pomyślał, że niezły wariat parodiuje niewiadomo co. A mimo to udało mi się porozumieć na  migi i pani doskonale zrozumiała o co chodzi. Następnie wykonała kilka telefonów i poleciła mi przyjść po moją już kolejną zgubę za godzinę, bo wtedy też przyjedzie autobus, którym wcześniej podróżowałem. I rzeczywiście jak wróciłem tak też mój futerał do mnie wrócił :-)
Wnioski na przyszłość: dziesięć razy sprawdzić czy ma się wszystko, co się ze sobą przyniosło, a przede wszystkim być otwartym na świat i ludzi oraz nie bać się rozmawiać jakkolwiek i używając czegokolwiek - polecam!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz