poniedziałek, 4 marca 2013

Po raz pierwszy... Myknes

Moja znajomość i podróż z Danielem dopiero co się rozpoczęła (dowiedziałem się, że Danny zna trochę arabski oraz francuski) a nie sądziłem, że przeżyję tyle ciekawych przgód. Z Fez do Myknes dostaliśmy się pociągiem w ciągu godziny. Bardzo szybko też znaleźliśmy nasz hostel, a raczej kolejny aubergine, gdzie zasady bytowania były normalne, za wyjątkiem takim, że ciepła woda była dostępna cały czas, tylko, że tym razem dodatkowo płatna - dosłownie tak jak na mazurskich jeziorach ;-)
Po zameldowaniu i rozpakowaniu ruszyliśmy na szybki lunch i po raz pierwszy jadłem typowo narodowe, marokańskie danie czyli tzw. tangine podawane tutaj w jeden sposób to jest na glinanianym talerzu pod glinianą pokrywką w kształcie stożku z otwartą górą (coś na zasadzie komina) gotowane są różnego rodzaju mięsa z warzywami i innymi dodatkami oraz z dużą ilością przypraw - zmielony kminek rządzi! W każdym razie danie to spożywać powinno się palcami tąkając w sosie charche czyli typowy marokański chleb - palce lizać!!!
Po naszym wypasionym obiedzie ruszyliśmy z Dannym w dalszą drogę do Moulay Idriss Zerhoun a konkretnie do Volubilis gdzie mieszczą się ruiny antyczngo miasta imperium rzymskiego. Nasza podróż odbyła się w dość nietypowy sposób, gdyż po raz pierwszy za 10 dirhamów od osoby jechaliśmy "taksówką" a konkretnie starym mercedesem
model W115, czyli zwykła osobówka, do której wchodziło poza kierowcą, skromnie 6 pasażerów. I zaczęła się ostra jazda "bez hamulców", a raczej prawdziwa jazda bez trzymanki! Podziwiałem mocne, ba stalowe nerwy kierowcy, który ze stoickim spokojem gzuł po dosyć mocno zatłoczonych górzystych drogach, wymijając inne pojazdy niczym przeszkody ustawione w trakcie slalomu... momentami brakowało tchu w płucach i niewiadomo czy to z tej cisnoty, zaduchu, czy też z podekscytowania szybką jazdą?! W każdym razie wtedy właśnie przeżyłem swoje kolejne WOW w życiu!!! Po dotarciu na miejscu, mijając kontrolę policyjną, która nawet nie zwróciłana nas uwagę, bo tutaj to standard taki rodzaj taksówki, ruszyliśmy w kierunku Volubilis, gdzie olśniły nas zabytki starożytnej stolicy Mauretanii, której początki datuje się na III wiek przed naszą erą. Stojąc na ruinach Tingitana, można poczuć ducha tamtych czasów i udać się w swoistego rodzaju podróż do przeszłości. Zatem nic dziwnego, że zabytek ten jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Po kilku godzinach wiejskimi drogami wróciliśmy do Moulay, gdzie posiliwszy się jednym z lokalnych placków ruszyliśmy w drogę powrotną tym samym środkiem transportu, z tym że teraz na przednim siedzeniu i wierzcie mi adrenalina była jeszcze wyższa, a do tego przepiękny zachód słońca :-D
Do Myknes dotarliśmy już we wczesnych godzinach wieczornych i postanowiliśmy się wybrać do Medyny... z której nie potrafiliśmy się wydostać przez kolejne dwie godziny. Po raz pierwszy nie potrafiłem odnaleźć drogi, którą tutaj dotarliśmy. Wszystko było w porządku do czasu kiedy wszystkie stragany i bazary były pootwierane. Problem się zacząłw momencie, kiedy handlarze pozamykali swoje budy, a tym samym zatarli większość znaków rozpoznawczych drogi powrotnej. Dzięki temu poznaliśmy aż 3 różne wejścia do Medyny, tylko nie to, którym do niej weszliśmy...
W połowie drogi, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że jesteśmy na złej drodze, trafiliśmy na plac, gdzie serwowano potrawy z garkuchni, a przede wszystkim gotowane ślimaki, na których spróbowanie od pewnego czasu już się nastawiałem. I nadeszła ta chwila, w końcu się przełamałem i po raz pierwszy zamówiłem pełną michę ślimaków w sosie własnym. Najgorszy był ten pierwszy, bo potem szło już jak spłatka, do tego stopnia, że się nawet w nich rozsmakowałem. Mój amerykański współtowarzysz spróbował tylko jednego i jak sam przyznał był to szczyt jego możliwości. W każdym razie następnego dnia... napiszę tylko tyle, że nieźle czyściły te ślimaki ;-)
Kiedy już się zorientowaliśmy z Dannym, że jesteś w czarnej dupie jeśli chodzi o drogę powrotną, jeden lokalny człowiek, który nic nie chciał w zamian, niech Allah świeci nad jego duszą, wskazał nam kolejną bramę. Jak się okazało nie naszą, ale z oddali zobaczyliśmy mały świecący na żółto znak w kształcie litery M i już wiedzieliśmy, że jesteśmy na właściwej drodze ku naszemu domu tj. niedaleko miejsca gdzie noclegowaliśmy. Danny zatrzymał pierwszą nadjeżdżającą taksówkę i za 5 minut byliśmy... na kolacji w McDonaldzie tzn. Danny jadł, bo ja jeszcze byłem pełen ślimaków - ach ci Amerykanie :-)

1 komentarz:

  1. Zbieraj przygody i wracaj z pełnym ich workiem :) zaproszenie na II edycję Festiwalu Podróżniczego "Okno na Świat" już jest :D

    https://www.facebook.com/events/524637560914781/

    Pzdrwm :)

    OdpowiedzUsuń