I nastąpił ten smutny dzień kiedy nasza wspólna wyprawa dobiegła końca. Jakby nie było trochę się zżyliśmy z Dannym podczas wspólnych wojarzy i wspólnego podbijania Maroka i Hiszpani. Pożegnaliśmy się bez zbędnych słów, po prostu trzymaj się stary i do znowu :-)
Do Walencji udałem się tanimi liniami lotniczymi i to fakt udało mi się zdobyć bilet za 20 EUR. Dzięki temu mogłem zwiedzić dosyć sporej wielkości lotnisko w Maladze i muszę przyznać, że robi olbrzymie wrażenie. Na szczęście wszelkie znaki są tam na tyle czytelne, że nie sposób się było zgubić.
W Walencji wylądowałem niecałą godzinę później. Po wyjściu z terminalu zacząłem od poszukiwania busu i zdziwił mnie fakt, że poza mną tylko jedna parka jeszcze na niego czekała. Tak jakby to był jakiś archaizm przemieszczanie się lokalnymi busami. Oczywiście można skorzystać z metra, którego linia jest tutaj bezpośrednio poprowadzona, jednak ta atrakcja jest dosyć droga jak na budżet backpakersa, bo to wydatek rzędu 5 EUR. Mi na szczęście udało się dotrzeć do centrum za 1,45 EUR, szkoda tylko że mój hostel był zlokalizowany po przeciwnej stronie starówki, a na zegarach było już grubo po 23-ciej.
Zatem samotnie wędrowałem po nowym, nieznanym mieście, gdzie jak mi się wtedy zdawało, co chwilę natrafiałem na publiczne mapy pokazujące gdzie się obecnie znajduję.
Hostel o wdzięcznej nazwie "Low Cost Valencia" zrobił na mnie dosyć osobliwe wrażenie. Takiego wystroju już dawno nie widzialem, o ile w ogóle. To tak jakby pomieszać różne style, gdzie pośród wszystkiego górował klimat indyjski z Buddą na czele... choćby dlatego warto było się tam zatrzymać, aczkolwiek trzeba przyznać, że obsługa była bardzo miła i pomocna we wszystkich kwestiach. Tam też miałem możliwość poznać grupę amerykańskich i norweskich studentów, z którymi podczas wieczornych rozmów mieliśmy okazję porozmawiać o zmieniających się kulturach i wymienić doświadczenia na polu kultury.
Następnego dnia o poranku postanowiłem się zaopatrzyć w jakiś prowiant, gdyż samym powietrzem człowiek nie wyżyje. Na początku tylko kropiło. W drodze do supermarketu zboczyłem z mojej drogi na małą czarną i wtedy zaczął się mój koszmar... Po szybkiej kawie postanowiłem trochę "zaoszczędzić" drogi do supermarketu, gdyż zaczęło coraz mocniej padać. Pech chciał, że nie miałem przy sobie mapy. I zacząłem błądzić, krążyć, a w tym czasie mały deszczyk przemienił się w ścianę wodną. W ciągu kilku minut byłem prawie cały mokry, a do tego moje buty zaczęły przeciekać. I tak krążyłem przez następne 1,5 h przemoknięty do ostatniej nitki, a zamiast butów miałem zalane kajaki. I wtem nagle, niczym objawienie wpadłem na ów market, którego szukałem. Myślałem, że moje problemy się skończyły, zrobiłem zakupy, a to był dopiero początek mojej przygody. Byłem pewien gdzie jestem i pewien tego, że dobrze znam kierunek drogi powrotnej. Otóż myliłem się!!! W strógach deszczu i zalanych ulic zacząłem ponownie błądzić, nie raz chodząc w kółko. Czułem się jak w jakimś labiryncie, z którego nie ma wyjścia. Zacząłem szukać map, tych publicznych, i jak na złość na żadną nie potrafiłem natrafić. Zziębnięty, mokry od stóp do głowy, z zalanymi zakupami, pełen złości a zarazem bezradności wykrzyczałem do nieba: "I co jeszcze gorszego może mnie spotkać!!!" i tutaj, nie żartuję, i nie piszę tego aby podsycić moją opowieść, wzbogacić literacko moje wypociny... nastąpił grom i zaczęła się burza!!! W końcu po dwóch godzinach błąkania się i na skraju obłąkania nie wiem jakim cudem dotarłem do hostelu i przez półgodziny dochodziłem do siebie, a przez kolejne dwa dni słuszyłem ubrania i buty...
Trzeciego dnia deszcze ustały, a niebo stało się całkowicie czyste, a słońce rozbłysło na powrót. Jak to w życiu, tak i po każdej burzy, nastąpiła piękna pogoda. Wtedy udało mi się zwiedzić wspaniałą Walencję, tym razem przy użyciu mapy.
Konkluzje na koniec... nie rzucajmy niepotrzebnych słów na wiatr, bo niewiadomo gdzie on je poniesie... jeśli nie znasz miasta, zawsze miej przy sobie mapę ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz