poniedziałek, 4 marca 2013

Tanger, czyli pożegnanie z Afryką

Myknes dało nam nieźle popalić, zatem następnego dnia nie było łatwo zwlec się nam z łóżek i rozpocząć dalszy ciąg naszej wspólnej podróży. Przy śniadaniu poznaliśmy sympatyczną Katrin z Belgii. Kobieta w średnim wieku, która na codzień zajmuje się pomocą i przystosowywaniem obcokrajowców, w tym Marokańczyków, na terenie jej kraju. Katrin spędziła miesiąc w Maroku i wybierała się w drogę powrotną, aczkolwiek jej kolejna destynacja to nieszczęsny Fez, zatem nieco się minęliśmy i na dworcu kolejowym musieliśmy się rozstać, a szkoda...
Podróż z Myknes do Tangeru trwała 4 godziny i był to czas kiedy z okien pociągu można było poobserwować jakże odmienny od części południowej krajobraz. O ile na południu przeważają pustynne i czasami górzyste widoki, pełne kaktusów różnej odmiany, a także z rzadka można zobaczyć wioski czy też większe ośrodki rolnicze, to północ kraju już jest bardziej zaludniona, bardziej uprzemysłowiona i o dziwo bardziej zielona.
Ba! Widziałem nawet miasto/dzielnicę, gdzie były już wybudowane drogi i chodniki, postawione latarnie, podciągnięta kanalizacja, tylko domów było brak - zupełnia na odwrót jak w Polsce ;-)
Znamienne dla tych widoków jest to, że czy przejeżdżałem małe miejscowości, gdzie domy to były istne lepianki, czy też były do mieszkania nad bazarami w Medynach, jak również stare i nowe bloki mieszkalne, wszędzie były zamontowane anteny satelitarne, jakby to było niezbędne, a zarazem bezwzględne minimum każdego domostwa.
Do Tangeru dotarliśmy bez przeszkód i zaczeliśmy poszukiwanie naszego kolejnego hostelu zlokalizowanego blisko portu skąd następnego poranka mieliśmy popłynąć do Europy, a konkretniej do Algeciras w Hiszpanii. Tanger robi dosyć osobliwe wrażenie. Zupełnie inaczej jak w odwiedzonych przeze mnie miejscach wszędzie wywieszone są olbrzymie czerwone flagi Maroka oraz o wiele częściej można spotkać, ba nawet na bilbordach, portety króla Mahometa VI. Tak jakby wyraźnie chciano zaznaczyć, że miasto to jest bardziej marokańskie niż cała reszta.
Kiedy z Dannym dotarliśmy do miejsca, w którym miał być zlokalizowany nasz hostel, okazało się, że tego schroniska nie ma już od blisko czterech lat... zatem wujek Google wprowadził nas w błąd, jak się później okazało nie pierwszy raz. Za radą starszego, postawnego pana ruszyliśmy w stronę Medyny zlokalizowanej tuż obok portu, gdzie na jednej z głównych ulic miało być zlokalizowanych kilka tańszych hoteli i pensjonatów. I rzeczywiście tak było, szybko znaleźliśmy miejsce na nocleg w "hotelu" Madryt, który wbrew pozorom, w porównaniu do warunków w Casablance był w miarę zadbany i czysty. Jedynym mankamentem, z czego mieliśmy niezły ubaw, był prysznic zlokalizowany bezpośrednio nad ubikacją. Zatem siedząc na "tronie" można było śmiało wziąć sobie kąpiel :-)
Po tym jak ulokowaliśmy nasze rzeczy postanowiliśmy kupić bilety na prom i tutaj spotkała nas "miła" niespodzianka. Okazało się, że od kilku lat z portu gdzie wylądowaliśmy promy w stronę Gibraltaru już nie odchodzą, a jedynie z nowego portu oddalonego o ponad 50 km o nazwie Tanger MED. Zatem wujek Google znowu nas okłamał, a raczej nie był na bieżąco z aktualnymi informacjami. Dlatego jeśli ktoś będzie się wybierał w te rejony, pamiętajcie Tanger i Tanger MED to praktycznie dwie różne miejscowości.
Po tym jak już zakupiliśmy bilety na naszą poranną przeprawę przez cieśninę gibraltarską i dowiedzieliśmy się mniej więcej skąd odchodzi bus, ruszyliśmy na obiad do jednej z tradycyjnych knajpek. Na pożegnanie z Afrką zamówiliśmy sobie tangin Danny wołowe, a ja z kurczakiem... i zdziwiony byłem, kiedy na stół wjechał kurczak, a raczej całe udko w sosie curry pozypane stertą frytek i to wszystko razem zapieczone. Dziwny układ, jednak bardzo smaczny. Po obfitym obiedzie postanowiliśmy odwiedzić jeden z lokalnych barów, aby zwieńczyć dzień piwem, hitem exportowym o nazwie Casablanka. Mimo wygórowanej ceny, bo aż 35 dirham za butelkę 0,33, warto było spróbować tego oryginalnego z nazwy i smaku trunku.
Koniec końców udaliśmy się do naszego hotelu i o 21-szej grzecznie ululani leżeliśmy już w łóżkach, bo o 5-tej rano trzeba było nam wstać, aby zdążyć na autobus, który miał jechać o 6-tej... Wstaliśmy jak niemrawe skowronki. Za oknem ciemno, zimno i ponuro. Miasto jeszcze nie rozpoczęło swego codziennego dnia, kiedy my już snuliśmy się jego wymarłymi ulicami. Dotarliśmy na dworzec autobusowy, który był wyjątkowo ruchliwym miejscem o tej porze dnia i co się okazało... że przewoźnik odwołał nasz kurs, gdyż było za mało chętnych. Wówczas dzięki znajomości arabskiego Dannego udało nam się zdobyć informację, że nieopodal dworca jest główne rondo i tam co rano o 7-mej przyjeżdża inny autokar, który zabiera wszystkich chętnych bezpośrednio do Tanger Med. Czekaliśmy z duszą na ramieniu, bo przystanek nie był w żaden sposób opisany, żadnej tabliczki informującej, po prostu nic. Pytaliśmy innych pasażerów o to czy rzeczywiście zatrzymuje się tu taki autobus, to wszyscy namawiali nas do wzięcia taksówki... a sami wsiadali do przedziwnych busów i busików, które niewiadomo skąd się pojawiały i niewiadomo w którym kierunku podążały... Wybiła 7 i o dziwo podjechał jakiś biały, wypasiony autokar, oczywiście bez żadnej tablicy informującej dokąd zmierza, no bo i po co ;-)
Kiedy w końcu przebiliśmy się przez tłum pozostałych pasażerów udało nam się potwierdzić, że to ten właściwy autobus, który nas zawiózł do tego właściwego portu.
Odprawę celno-kontrolną mieliśmy o 9-tej, zatem mieliśmy jeszcze chwilę na poranne espresso i bagietkę z dżemem figowym, które udało mi się na szybko zakupić w trakcie porannego marszu w drodze na dworzec. Prom miał odpłynąć o 10-tej, jednak z uwagi na spore wiatry sztormowe wypłynięcie zostało przesunięte o godzinę. W związku z czym szalony Ninja, czyli ja ruszył na samotne zwiedzanie portu, tylko szkoda, że w tym czasie właśnie podstawili autobus, który zawoził pasażerów bezpośrednio do terminalu skąd odchodził prom. W jakże wielką konsternację wpadłem w momencie, kiedy idąc sobie drogą mijał mnie bus na pokładzie z machającym i uśmiechniętym Dannym... nie wiedzieć w którą stronę ruszyć pobiegłem w kierunku odprawy celnej, bo nie byłem pewien czy mój amerykański towarszysz zabrał ze sobą również moje klamory.... na szczęście całą sytuację zobaczył jeden celnik i przez walki-talki zatrzymał autobus, a ja w długą ruszyłem w jego kierunku. Ostatnie formalności w terminalu i szczęśliwie dotarliśmy na pokład statku, który miał nas dostarczyć do bram Europy, a całość zająła nam raptem 6 godzin!!!

2 komentarze:

  1. No to miałeś spore szczęście z tym busem na końcu. Mnie w analogicznej sytuacji zdarzyło się, że koledzy - owszem - pomachali - ale o bagażu nie pamiętał już nikt...

    kosmacki

    OdpowiedzUsuń