W Transylwanii wylądowałem o 1-szej w nocy. Publicznego transportu o tej porze brak, a taksówkarze a i chętnie podwiozą za 10 EUR. Nie mając przy sobie żadnego RON-a, a raczej żadnej lei (lokalna waluta) i nie chcąc czekać do 5.30 rano na pierwszego busa zdecydowałem się na pieszą wycieczkę z lotniska do centrum miasta. Dystans dzielący mnie od hostelu wynosił ledwie 7 km, zatem pomyślałem sobie, że to będzie pestka dla mnie. Z początku poczułem się jak w latach 80-tych na wsi Brynica, u mojej babci Heli. Zabudowa domów ciągnących się wzdłuż ulicy, poodgradzanych różnej kombinacji płotami, gdzie praktycznie za każdym warował mniej lub bardziej groźny pies. Oczywiście była też spora różnica, gdyż tutaj zamiast wąskiej, dwukierunkowej drogi, była czteropasmowa ulica, a do tego babciną wieś można było pokonać w ciągu 10 minut, a tutaj końca nie było widać...
Mimo wszystko, z duszą na ramieniu, mijany co jakiś czas przez taksówki, które co chwilę się zatrzymywały chcąc mnie podwieźć, a czasem przez samotnie patrolujący drogę radiowóz raźno maszerowałem. W chłodzie, ciemności nocy, wśród ujadania psów, które czujnie pilnowały gospodarstw usytuowanych wzdłuż drogi i coraz wywoływały serię ujadania samotnie szedłem, gdyż poza mną nie było żadnej żywej duszy.
Po ponad godzinie drogi zabudowania wiejskie przerodziły się w istne blokowiska. Kolejny klimat komuny w postaci szarych, kilkunastopiętrowych bloków wyrósł niczym spod ziemi. I wtedy pech chciał, że źle nadepnąłem na krzywą płytkę chodnika i podeszwa w moim bucie pękła w tak niefortunny sposób, że wybiła się wenętrzna część buta, która zaczęła mi się wbijać wśródstopie. Mając ograniczone ruchy, gdyż buta nie szło od tak sobie naprawić, drobnymi krokami człapałem do centrum Cluj-Napoca (czyt. Kluż-Napoka), gdzie zlokalizowany był mój hostel "Transylvania".
Przemarznięty, kulawy i dosyć już wymęczony za pierwszym razem minąłem budynek, gdzie mieścił się hostel. Koniec końców odnalazłem go i tylko już się "modliłem", aby o 3ciej rano ktoś mnie wpuścił... udało się! Wpóścili mnie, poczętowali gorącą herbatą, ba nawet dostałem od razu ciepłe łóżko...
Następnego dnia, a raczej tego samego tylko później, ruszyłem na zwiedzanie miasta. Ponieważ nic od poprzedniego dnia nie miałem okazji przełknąć, pierwsze kroki skierowałem do zarekomendowanej przez obsługę hostelu restauracji. Klimat knajpki zlokalizowanej w podziemiach mini centrum handlowego był iście oryginalny. Coś w stylu regionalnej wiejskiej zagrody. Kartę dostałem po angielsku i bardzo mnie zainteresowała zupa z mięsem wołowym ze śmietaną i czosnkiem. Jakież zdziwienie na mojej twarzy zapanowało, kiedy dostałem po prostu flaczki... mimo iż tego typu rzeczy nie jadam, to tym razem z głodu przełamałem się i nawet zjadłem je ze smakiem :-)
Samo miasto, a raczej starówka przypomina skrzyżowanie Lublina z Lwowem. Kto był w tych miastach może trochę poczuć klimat. Generalnie jest to miasto uniwersyteckie, drugie co do wielkości w Rumunii. Zatem też na ulicach można spotkać sporą ilość młodzieży i praktycznie każdy gorzej lub lepiej zna język angielski i bardzo chętnie chce się popisać jego znajomością. Z atrakcji miejskich polecam przejść się parkiem miejskim oraz powspinać się po okolicznych pagórkach, skąd można zobaczyć piękną panoramę miasta. Mnie nie wiedzieć czemu ujął lokalny cmentarz, który przeszedłem wzdłuż i wszerz... zawsze to coś innego.
Podczas mojego pobytu w stolicy Transylwanii postanowiłem pójść na basen. W tym celu udałem się do uniwersyteckiego kompleksu sportowego zlokalizowanego niedaleko niedawno wybudowanego stadionu. Nie sądziłem, że trafię na basen z olimpijskimi wymiarami, czyli 50 metrów długości. Jeszcze nigdy w takim nie pływałem. W pierwszym momencie ogarnął mnie szok i niedowierzanie oraz myśl, że przecież ja chyba nie dam rady przepłynąć tego za pierwszym razem... oczywiście dałem radę, ba tak się rozkręciłem, że pływałem niczym wydra coraz mijając Rumunów, którzy raczej rekreacyjnie aniżeli sportowo tu pływali. Oczywiście nie mogło się to skończyć bez dodatkowych emocji. Po tym jak już się wypluskałem i chciałem otworzyć szafkę z moimi rzeczami, okazało się że nie mam kluczyka, który wcześniej był przytwierdzony do paska. Na szczęście pozostał numerek, który pozwolił na identyfikację kluczyka zapasowego. Pani w recepcji wysypała z worka 1000 kluczyków i zaczęły się poszukiwania tego właściwego. Na szczęście nie trwało to dłużej niż 5 minut. W każdym razie komu jak komu, ale tylko mnie takie rzeczy mogą się przytrafić ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz