niedziela, 10 marca 2013

Malaga i słoneczna Costa del Sol

Malaga podobnie jak Marbella powstała na zgliszczach podbitego miasta mauretańskiego i tutaj również wykorzystano meczet jak i medynę do tego aby zorganizować iście chrześcijańskie miasto. Imponujące wrażenie robi tutejsza katedra, która budowana przez kilka wieków nie została dokończona, a przede wszystkim brakuje jej jednej z dwóch planowanych pierwotnie wieży. Wnętrza katedry są olbrzymie, a konkretniej spełniają swoje podstawowe zadanie, czyli by ludzie czuli się maluczcy wobec bezkresnych sił niebieskich... zatem można tu zrobic nie jedno łał! Warto również zwrócić uwagę na drewniane stalle, których wykończenia są godne dłuta największych mistrzów rzeźbiarskich.
Starówka to obecnie poplątanie dawnych wieków, lat z współczesnością, zatem za każdymrogiem można na trafić na coś ciekawego. Nieopodal katedry mieści się muzeum genialnego Picassa, gdzie udało się mi i Dannemu wbić na darmowe zwiedzanie - w niedziele od godz. 18-tej do 20-tej wstęp jest wolny. Fakt trzeba było odczekać pół godziny w 0,5 kilometrowej kolejce, jednak dla prac Picassa warto było, tym bardziej, że poza mniej lub bardziej znanymi obrazami, można też zobaczyć jego rzeźby, projekty, prace ceramiczne. Dlatego jeśli ktoś tutaj zawita, warto się pokusić odwiedzić to muzeum.
Z atrakcji turystycznych godne polecenia są również ruiny rzymskiej/mauretańskiej twierdzy Alcazaba oraz zlokalizowanego ponad nią zamku Gibralfaro, skąd roztacza się niesamowity widok na panoramę miasta, góry, plażę oraz port rybacko-handlowo-paseżersko-wojskowy. Chodząc po starych murach można sobie wyobrazić jak niegdyś strażnicy pełnili swoją wartę, a że zamek zlokalizowany jest na górze, która wygląda jakby wyrosła w centrum miasta, to widnokrąg i horyzonty są tym bardziej ciekawe.
W jeden z ostatnich dni naszej wspólnej przygody postanowiliśmy się z moim amerykańskim kamratem wybrać na przejażdżkę rowerową. W tym celu udaliśmy się do wypożyczalni rowerów aby zdobyć dostęp do jednośladów i ruszyliśmy na Costa del Sol.
Wyobraźcie sobie to luty za oknami śnieg, ciemno i ponuro... a na wybrzeżu hiszpańskiej Andaluzji +25 stopni, błękitne niebo bez ani jednej chmurki, słoneczko przyjemnie przygrzewa, wiatr we włosach i beztroska jazda rowerem... to było tak niewiarygodnie relaksujące i odprężające do momentu... kiedy sobie uświadomiłem, że nie mam telefonu i wtedy zrodziło się pytanie, czy ja go ze sobą zabierałem, a jeśli tak to gdzie on teraz jest?!
Na szczęście telefon został w hostelu i o to właśnie chodzi, aby czasem totalnie odciąć się od świata i spędzić dzień na totalnym luzie :-)
Dzień zakończyliśmy przemierzając miasto z "turbocolą" z dodatkiem Havana Club, który to Danny smakował pierwszy raz, gdyż wiadomo w U.S.A. mają embargo na produkty z Kuby. I tak powoli nasza wspólna droga zmierzała ku końcowi.
A na koniec zostawiłem najlepsze. Mój towarzysz drogi postanowił zjeść na śniadanie smażony bekon. Niestety w żadnym sklepie nie namierzył boczku, aby mógł sobie go zeskwarzyć na patelni. I co zrobił nasz amerykański amigo... kupił najlepszej jakości hiszpańską szynkę Jamon, czyli tutejszy lokalny przysmak. Dodam tylko, że jest to rodzaj szynki długodojrzewającej odznaczającej się kruchością i swoimi delikatesowymi walorami smakowymi. Kolega Danny nawet się nieco zdziwił, że każdy plasterek był oddzielany folią od poprzedniego, co mu nie przeszkodziło dokonać tego "świętokradztwa" i usmażeniu tej wyjątkowej szynki. Napiszę tylko tyle, że w kuchni było tak szaro, że w pewnym momencie przybiegł własciciel hostelu sprawdzić czy się coś nie pali... Danny w każdym razie docenił walory Jamon, gdyż stwierdził, że lepszego bekonu na świecie jeszcze nie jadł :-D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz