W Rabacie udało mi się odkryć hostel a raczej całą sieć hosteli działających w ramach międzynarodowego hostelingu Auberge des Jeunes. Dla tych którzy chcieliby tanim kosztem zwiedzić Maroko, a do tego poznać ciekawych świata podróżników podaję stronę, którą wcale tak łatwo nie jest namierzyć: http://aubergerabat.com/Reseaux-des-auberges-du-Maroc.php Miejsce noclegu ma swój fantastyczny klimat, są tu aż trzy dormitoria po 20 łóżek każde, jeśli ktoś lubi takie klimaty warto się zatrzymać. Samo schronisko mieści się przy głównej Medynie, aczkolwiek co jest ważne cały Rabat jest zbudowany w oparciu o kilka Medyn, które niegdyś stanowiły odrębne fortece i służyły przede wszystkim do ochrony przed najeźdźcami a konkretniej chroniły rodzimych mieszkańców przed atakami Hiszpanów, Francuzów i Portugalczyków. Ostatecznie, kiedy wszelkie zagrożenia minęły współczesne miasto rozbudowało się pomiędzy Medynami i momentami nowoczesność mocno łączy się, a raczej miesza ze starymi zabudowaniami.
W każdym razie jak całe Maroko, taki i Rabat jest pełen skrajności. Wzdłuż rzeki rozdzierającej miasto na pół wybudowano szereg nowoczesnych apartamentowców z widokiem na najmniej reprezentacyjną, ba wręcz rynsztokową część miasta. I tak jak cały świat, tak i tutaj biedni patrzą w okna bogatych, a bogaci zasuwają rolety, aby tej biedy nie obserwować...
Najważniejsze jednak jest to, że miasto żyje swoim rytmem, generalnie jest czysto, mieszkańcy są przyjaźnie nastawieni, a wzdłuż wspomnianych juz Medyn można sobie pospacerować na plażach i podreptać po zatokach odpływając jednocześnie w szumie fal Atlantyku rozbijających się o wybrzeże.
Z ciekawszych zdarzeń jakich miałem okzaję tutaj doświadczyć to poznałem grupę belgijskich nastolatków ze szkoły malarsko-artystycznej - niestety z całej grupy w języku angielskim mogłem się skomunikować raptem z jedną dziewczyną i to tak bardzo skromnie... Natomiast miałem okazję poznać Niemca Christiana z Kolonii i tutaj znowuż ja miałem okazję odświeżyć i potrenować mój niemiecki :-) Mimo iż postanowiliśmy z Christianem razem pozwiedzać stolicę Maroka, ba nawet udało nam się dotrzeć do miejsca pochówku poprzednich władców jak Mohamed V i Hassan II, to niestety mojemu nowemu kompanowi żąłądek non-stop odmawiał posłuszeństwa i nawet standardowo serwowane tu miętowe herbaty na nic się zdały. Zatem przyszło mi zwiedzać Rabat dalej samemu i może dzięki temu w jednej z Medyn ukradkiem udało mi się wedrzeć do jednego z Monastyrów (oczywiście po uprzednim zdjęciu obuwia - co jak co ale szacunek dla tradycji i kultury trzeba zachować) - co generalnie nam innowiercą jest zakazane.
Pozwiedzałem też dzielnice totalnej biedy, gdzie dzieciaki bawią się byle czym i byle gdzie, aż przypominają się czasy mojego dzieciństwa kiedy to nie było komputerów, a w TV nic nie leciało i wszyscy ganialiśmy za balą, bawiliśmy się w podchody, chowanego czy w kowbojów i indian albo strzelanego albo jeszcze prościej w kto dalej rzuci butem z huśtawki... w każdym razie beztroskie dzieciństwo marokańskich dzieci było miło choć przez chwilę poobserwować. Jednak niektóre obrazki nie wiedzieć czemu kojarzyły mi się bardziej z meksykańskimi czy też brazylijskimi dzielnicami nędzy i rozpaczy...
Tutaj też udało mi się spróbować poraz pierwszy miętowego placka, czosnkowego naleśnika czy też obrzydliwie słodkich midowych precli czy czegoś w tym rodzaju, obsypanych sezamem. Rabat polecam koniecznie odwiedzić, bo naprawdę warto! ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz