Z Sewilii wybrałem się do Afryki, do niezwykłego państwa jakim jest Maroko, którego to zwiedzanie postanowiłem rozpocząć od Marrakeszu. Po wylądowaniu na lotnisku udałem się do odprawy paszportowej i poczułem się jak na powrót w czasach komunistycznych, a bynajmniej w okresie przed przystąpieniem Polski do UE. 15 otwartych okienek odprawiających 3 samoloty naraz, a które to wylądowały niemalże w tym samym czasie. Celnicy bardzo skrupulatnie sprawdzali paszporty niczym bawiąc się we włoski strajk.
Co dziwne, jeśli ktoś nie został przepuszczony przez jednego urzędnika, bo zapomniał dajmy na to wypełnić blankiet dla obcokrajowców, to szedł na koniec kolejki do innego okienka i tam jakoś się udawało. Zatem cała ta odprawa i wbijanie pieczątek to raczej kpina i zabawa, żeby ktoś miał pracę, a dla wielu strata czasu...
Lotnisko zlokalizowane jest niemalże przy centrum miasta, ale lepiej pojechać tam autobusem lub taksówką. Na piechotę jest jakieś 25 minut, co sprawdziłem podczas porannych biegów.
Autobus zawozi podróżnych do centrum i wysadza pasażerów prz główny placu Dżemma El-Fna i tutaj dopiero zaczynają się schody. Najgorzej jeśli poza samą nazwą Hostelu, w którym przyszło mi nocować, nie znasz adresu, a nawet nie wiesz jak tam trafić. Na mapie nawet nie sposób określić, gdzie ów hostel się mieści, a lokalna społeczność pomoże, a i owszem, ale nie ma nic za darmo. Moje poszukiwania trwały blisko 2 godziny, a żeby było śmieszniej cały czas krążyłem wokół mego miejsca spoczynku. Nagabywało mnie ze 100 osób jak nie więcej, co przyczyniło się do tego, że przeżyłem nie mały szok. Gdziekolwiek bym nie wszedł, w którąkolwiek bym stronę nie poszedł, chętnych do "bezinteresownej" pomocy było wielu, do tego stopnia, że nie nadążałem mówić "noł fenk ju".
Będąc już wystarczająco zmęczonym, prawie chciałem się poddać i skorzystać z "usługi" pomocy i w tym momencie trafiłem na gościa, który przypadkiem właśnie tam pracował. W życiu bym tam nie trafił idąc uliczkami bez nazw i wchodząc w jakąś ciemną bramę, gdzie kredą była napisana nazwa Hostelu "Rainbow" wraz ze strzałką, gdzie się kierować. A żeby było śmieszniej, to numer domu, w którym się mieści ten hostel to jakby nie było "13".
Wracając jednak do Marrakeszu, który pachnie prawdziwym orientem i budzi zmysły wieloma kolorami, jak również przeciwstawnie można trafić do miejsc, gdzie zapachy są jak prosto z latryn, a bieda, bród i sypiące się budynki potrafią zrównoważyć, jeśli nie zaburzyć całkiem ten obraz. Dlatego po krótce opiszę moje doświadczenia i obserwacje, które w mniejszym lub większym natężeniu mają też odwdzięk w innych częściach Maroka:
O bazarach, a inaczej sukach... można się wśród nich zagubić niczym w labiryncie.
O handlu... handlują wszystkim i wszędzie.
O handlarzach... są bardzo uprzejmi, jednak nie rozumieją jak można niczego nie chcieć i nie potrzebować.
O oszustach... turysta to cel numer jeden, złota żyła, zatem warto zawsze pytać i porównywać ceny, bo lubią naciągać i to bardzo.
O złodziejach... są, a jakże, dotychczas skradziono mi dwie paczki husteczek chigienicznych i niech tak pozostanie do końca.
O turystach... jesteś jednym z nich do czasu, aż przestaniesz o tym myśleć.
O tłumie... prędzej czy później jesteś jego częścią.
O pieszych... to podkategoria ludzi, którzy stanowią przeszkodę dla zmotoryzowanych... zatem jeśli nie chcesz mieć Rowu Mariańskiego z tyłu lepiej miej oczy w dupie.
O przyjacielach... znajdziesz ich wszędzie i zawsze, wystarczy, że otworzysz portfel.
O pomocy... zawsze, chętnie Ci jej udzielą, a jeśli nie skorzystasz na złość pokażą Ci kierunek przeciwny do prawidłowego.
O asertywności... lepiej się jej nauczyć przed przyjazdem tutaj.
O kotach... są wszędzie i nigdy nie wiadomo skąd się pojawią i gdzie nagle znikną.
I teraz kilka frazesów związanych z kulturą arabską:
O medynie... czyli starówce, w każdym większym mieście jest taka lub całe miasto jest nadal medyną.
O minaretach... są widocznie prawie w każdej części miasta.
O modlitwach... z minaretów nawet o 5 rano wzywają do oddania czci Allahowi.
O dzieciach... jest ich pełno niczym kotów i nie ważne gdzie, jak i czym, zawsze potrafią wynaleźć sobie zabawę... np. atakując bezbronnych turystów ;-)
O kobietach... matka jest naważniejsza, żona musi być posłuszna, a córkę trzeba dobrze wydać za mąż.
O facetach... co tu zrobić, żeby się nie narobić.
O starszych i niepełnosprawnych... nagminnie są wykorzystywani do żebrania na ulicach.
A na koniec o hostelu i warunkach w jakich przyszło mi nocować. Okazało się, że zamówiłem nocleg na dachu pod namiotem. Niestety warunki pogodowe, a konkretniej temperatura w nocy spadała do zera stopni, zatem nie pozwolili nikomu tam nocować. Za to w zamian dostałem urocze miejsce na korytarzu na przeciwko ubikacji połączonej z prysznicem. I wiecie co... było klawo, ba mogłem jeszcze zarobić odcinając każdemu kawałek papieru do toalety ;-) wtedy tylko nie wiedziałem jeszcze co mnie czeka w Casablance...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz