piątek, 15 lutego 2013

Trzy dni w Lizbonie

Przyszła kolej na opis trzech fascynujących i niezwykłych dni, jakie miałem okazję spędzić w stolicy Portugalii. Przede wszystkim słońce, słońce i jeszcze raz słońce!!! 3 dni z rzędu bezchmurne niebo, piękna pogoda, wzrost endorfin do granic możliwości, a do tego przekroczyłem kolejną granicę swojej  niemożliwości - 120 pompek i 120 brzuszków, bo dbamy nie tylko o ducha, ale i o ciało i o to w tym wszystkim chodzi!!! :-D
Zaczynając jednak od początku. Nim dotarłem do Lizbony, dzięki wskazówką mojej kuzynki w Porto znalazłem niezwykły w swej codzienności dworzec autobusowy. Z zewnątrz wygląda jak wjazd na czyjąś posesję. Nad wjazdem widnieje napis "Garagem Atlantico" i bądź tu mądry i pisz wiersze, że to właśnie dworzec autobusowy...

Droga z Porto do Lizbony zabrała mi 3 godziny z hakiem i wylądowałem na kolejnym specyficznym dworcu zlokalizowanym na przeciw ogrodu zoologicznego. Tam przesiadłem się na metro, a następnie autobus docierając tym samym do urokliwej dzielnicy Belem, gdzie zlokalizowany jest "Hostel People", miejsce mojego kolejnego postoju.
Lizbona jak na tą porę roku za dnia ciepła w nocy zimna, aczkolwiek jestem mega zadowolony, że trafiłem tutaj podczas karnawału. Ludzie tutaj są tacy otwarci, weseli, przyjaźni, każdy chętnie się zatrzyma pogawędzi. Szczególnie w dzielnicy Largo de Camoes, jeśli tutaj ktoś kiedyś będzie koniecznie należy się wybrać w tę częśc miasta nocą. Jest tutaj zlokalizowanych mnostwo fantastycznych knajpek, gdzie można posłuchać lokalnej muzyki w stylu Fado, jak również wiele ulicznych barów, gdzie można się zatopić między innymi w rytmy brazylijskie. W trakcie karnawału ludzie poprzebierani, jedni chaotycznie, inni tematycznie bawią się do rannych godzin. Atmosfera i możliwość zawarcia nowych, ciekawych znajomości sprawiaja, że chce się tutaj wrócić.

Z dodatkowych przygód jakich udało mi się tutaj doświadczyć, to spotkanie, a raczej pogawędka wzdłuż Avenue Liberdade, chyba najszerszej, a być może i najdłuższej ulicy Lizbony. Otóż idąc sobie w górę w kierunku parku Eduardo VII napotkałem kobietę z dzieckiem na ręku, która jak twierdziła pochodzi z Mozambiku, a generalnie to wykłada na Uniwersytecie w Pretorii w RPA. Przyleciała do Lizbony na konferencję naukową i pech chcial, że zagubiono jej bagaż na lotnisku, a w nim m.in. miała wszystkie karty płatnicze. ma trochę gotówki z RPA, jednak od rana chodzi i nie może znaleźć kantoru, gdzie mogłaby ją wymienić. Zapytałem dlaczego w takiej sytuacji nie poprosiła o pomoc organizatorów konferencji... Stwierdziła, że się z nimi minęła i teraz nie wie co robić. Poradziłem jej, aby się udała do narodowego banku Portugalii, gdyż tam z pewnością dokonają wymiany jej waluty i już mieliśmy się żegnać, gdy ona spytała czy może ja bym nie odkupił od niej tej waluty, a jutro o tej samej porze, w tym samym miejscu ona wróci, aby spowrotem odkupić swoje pieniądze... Myślałem, że się jej rozśmieje prosto w twarz, takiej próby oszustwa już dawno nie widziałem. Stwierdziłem, że jej nie znam i nie mogę jej zaufać, na co ona podziękowała za miłą pogawędkę w jej języku ojczystym, poczym napięcie się odwróciła i szybki krokiem odeszła w przeciwnym kierunku do mojego. To, że chciała mnie nabrać było bardziej niż oczywiste. Po pierwsze nie wyglądała na kogoś z RPA, a raczej na lokalną kobietę, po drugie jej strój nie świadczył o tym, że jest jakimś naukowcem, po trzecie jej dziecko było całe brudne, a po czwarte i najważniejsze, żeby się nie nazywało, że oceniam ludzi po wyglądzie, to w jej oczach było widać coś jakby kombinowała i niestety przekombinowała. Zatem nie ze mną te numery :-D
Zmieniając temat na bardziej przyjemny, to tego samego dnia miałem okazję i przyjemność poznać niezłą paczkę mieszkańców "Hostelu People". Urocza Brazylijka Marisa, śmieszny Hiszpan i marynarz zarazem Antonio, śmieszny i zabawny Kanadyjczyk o korzeniach włoskich Fabrizio, ja i maratończyk z Krakowa Tomek. Wszyscy tak miksowaliśmy nasze języki, że głowa mała, a śmiechu do łez przy tym było co niemiara. Takiej ekipy z kosmosu to jeszcze nigdy nie miałem. Wspólne biesiadowanie, gotowanie, żartowanie i robienie sobie kawałów... ach Ci południowcy zwariowani ludzie, a co najważniejsze ja się wśród nich doskonale odnajdywałem :-)

Kończąc opowieści z Lizbony, w której turystycznych atrakcji jest ogrom, o czym każdy z Was może się przekonać zaglądając tutaj, podpowiem tylko, że koniecznie należy odwiedzić największe oceanarium w Europie. Dopiero tutaj człowiek jest sobie w stanie uświadomić jak maluczki jest wobec życia wodnego, a raczej podwodnego, które jakby nie było stanowi 3/4 kuli ziemskiej. A żeby było śmieszniej my ludzie robimy wszystko, aby to życie wyniszczyć tylko dlatego, aby nam się żyło wygodniej i lepiej... no comment :-(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz