środa, 15 maja 2013

Sofia czyli bogini Mądrości... łyk bułgarskich klimatów

Sofia... zawsze mnie fascynowało zarówno samo słowo, jak i to jak wygląda stolica Bułgarii. I szczerze przyznam, że nie zawiodlem się, a raczej byłem pozytywnie zaskoczony, mimo iż odkryłem również miejsca, które na mnie nie zrobiły specjalnego wrażenia. Jednak w porównaniu do Bukaresztu to miasto o wiele bardziej spokojne i o wiele bardziej przyjaźnie nastawione do turystów.
Do Sofii dotarłem późną porą wieczorową, a konkretnie przed samą północą. Udało mi się załapać jeszcze na jedno ostatnich przejazdów tutejszym metrem. Zgodnie z instrukcjami, które otrzymałem z hostelu na komórkę, bez większych problemów dotarłem do miejsca moich kolejnych 3 noclegów. Wysiadłem na najwiekszym placu tego miasta, na którym mieści się podejrzewam największy budynek kulturalny całej Bułgarii, czyli Narodowy Dom Kultury, o którym wystukam parę słów więcej w dalszej części tego postu.
Następnego dnia pierwsze kroki skierowałem w poszukiwaniu kantoru. Bo co jest dziwne na terenie rumuńskiej stolicy nie mogłem namierzyć żadnego kantoru, który by wymieniał lei na levi... odpowiedzi na pytanie dlaczego tak jest, usłyszałem wiele, w tym najczęściej, że się nie opłaca. I coś w tym chyba jest, bo rzeczywiście kurs lei do levi był bardzo niekorzystny.
Postanowiłem jeszcze w Rumunii, a potem w Bułgarii zgłębić przyczyny wzajemnej nienawiści pomiędzy tymi narodami i co dziwne ich tłumaczenia są zbieżne, jeśli nie tożsame. Obydwie strony wzajemnie obwiniają się o Romów. Rumuńcy zwalają na Bułgarów, że to od południa stale przybywają "niewygodni" Romowie i na odwrót. Dziwne podejście, szczególnie iż obydwa kraje są już od dobrych kilku lat w Unii Europejskiej, którajakby nie patrzeć jest przecież domem wielu ojczyzn... od taka mała dygresja w tym temacie.
Wracając do uroków bułgarskiej stolicy, to jak już wspomniałem na początku są miejsca, którymi zachwyca, chociażby katedra, uniwersytet, rządowe budynki, w tym pałac prezydencki, kościoły, cerkwie, meczet oraz ów dom kultury stanowiący dobro narodowe wszystkich Bułgarów, a stanowiący jednocześnie relikt czasów komunistycznych. Mimo iż odnowiony i dumnie spoglądający na plac przy bulwarze Vitosza, to w środku nadal czuć klimat lat 80-tych, jakby czas stanął w miejscu. W każdym razie warto zajrzeć do środka i wdrapać się na ostatnie piętro, aby móc popodziwiać panoramę miasta.
Z tych gorszych miejsc to wspomnę nieszczęsne blokowiska, które niestety ciągną się czasami w nieskończoność i raczej nie są zbyt zachęcające, aby się zapuszczać w ich rejony.
Miasto to generalnie w niczym się nie różni od innych europejskich miast, no może poza tym, że wszystko jest zapisane cyrylicą, co czasem stanowi wyzwanie, aby odszyfrować nazwę ulicy czy placu, szczególnie gdy ma się tylko mapę z anglojezycznymi nazwami topograficznymi.
W Sofii miałem okazję i przyjemność poznać półfrancuza, półhiszpana Raula, półbułgara, półturka Seyfi oraz bułgarkę Katharinę. Udało nam się nawet zorganizować wieczór integracyjny przy lokalnych piwach Kemnitza i Zagorka, a tym samym lepiej poznać i spędzić przyjemnie wspólnie czas... po którym niestety następnego dnia bolała głowa, oj bolała...
Dlatego postanowiłem wybrać się w pobliskie góry. Idąc za radą recepcjonistki wsiadłem w tramwaj z numerem 5, który wyruszał w swą drogę spod "Pałacu Sprawiedliwości" i zgodnie z uzyskaną informacją miałem jechać do ostatniej stacji. Dziwne i podejrzane wydawało mi się, że im dalej byliśmy od centrum, tym coraz więcej ludzi z plastikowymi baniakami wsiadało do tego tramwaju... Jednak jak już dotarłem do celu swej podróży wszystko było jasne. Okazało się, że u podnóża gór było źródełko czystej, mineralnej wody, po którą Sofijczycy jak widać było chętnie i gromadnie się zjeżdżali. W smaku woda ta rzeczywiście jest dobra i wyśmienita, zatem nie dziwią kolejki ludzi, którzy sie po nią ustawiają i każdy cierpliwie czeka na swoją turę.
Ja na szczęście nie musiałem czekać, gdyż spacerując po pobliskich górach udało mi się namierzyć niejedno takie źródło tej smacznej wody. Po powrocie z mej pieszej wycieczki, podczas której złapał mnie lekki deszcz, dopakował resztę rzeczy i ruszyłem w kierunku dworca. Po drodze zaliczyłem jeszcze lokalny targ, który swym klimatem przypomniał mi targi z mego rodzinnego miasta rodem z lat 90-tych ubiegłego wieku. I wszędzie nowalijki, że aż ślinka ciekła i człowiek wszedzie wokół czuł powiew wiosny.
Gdy dotarłem do nowoczenego dworca autobusowego, postanowiłem jeszcze odwiedzić zlokalizowany nieopodal dworzec PKP, na którym namierzyłem chyba najmniejszego McDonalda na świecie, mniejszego od kiosku, z jednym stanowiskiem - można - jak widać można się wszędzie z tym wszechoblegającym konsumpcjonizmem wepchnąć. W każdym razie nie o tym chciałem pisać, a raczej o upiorności tego dworca kolejowego. Dziwne, że stolica nie zadbała o to, aby mieć pierwszorzędny dworzec kolejowy, bo tutaj poraz kolejny mozna było się poczuć jak w powrocie do przeszłości lat socjalistycznych... i taka własnie jest stolica Bułgarii. Stare miesza się z nowym, jedne rzeczy zachwycają, a inne odstręczają tak własnie jak brudne i cuchnące uryną podziemia prowadzące do dworca kolejowego...
Na koniec, jak już tu dotrzecie, polecam i zachęcam odwiedzić naprawdę świetną, oryginalną, wręcz klimatyczną knajpkę jaką jest "Made in home". Codziennie inna karta, a jedzonko palce lizać!!!

wtorek, 14 maja 2013

Każdy ma swojego sobowtóra...

Ten post już od dawna za mną chodził. To znaczy ta myśl, którą chcę w tym poście przedstawić. Otóż podróżując tak z miasta do miasta, z kraju do kraju, człowiek spotyka na swojej drodze, czy tego chce czy nie chce, wiele innych przedstawicieli swojego gatunku.
Jest to mnóstwo twarzy, które podczas samotnych wędrówek i podróży różnymi środkami komunikacyjnymi, czasami są nam znane lub przypominają nam osoby, które znamy.
Przyznam szczerze, że spotkałem wiele sobowtórów, którzy mają swoje odbicie w moim prywatnym życiu. Dlaczego się tak dzieje? Skąd takie omamy... wydaje mi się, że to czasami deja vu, a czasami wynika to z tęsknoty za danymi osobami.
Chociaż czasami zdarzają się ciekawe sytuacje, kiedy to widzi się dyrektora, dawnego przełożonego, który w twoim świecie jest osobą nobilitowaną, a tutaj na drodze spotykasz "go" jako osobę sprzątającą chodnik. Albo i na odwrót, gdzie sprzątaczka z twojego życia, nagle w innym kraju wysiada wyegzaltowana z limuzyny...
Chociaż inaczej wygląda to już w sytuacji, gdy ma się styczność z danym sobowtórem. Psychologia to potwierdza, że wszelkie uczucia bądź to pozytywne bądź to negatywne wówczas przenosi się na te nowo poznane osoby. I tutaj trzeba bardzo uważać, gdyż napotkany sobowtór z pewnością jest zupełnie innym człowiekiem, niż jego znany nam już pierwowzór. Zatem można się przejechać na osobie, którą rzekomo lubimy z naszego codziennego życia. I na odwrót. Możemy niesłusznie osądzić iunikać osobę, którą dajmy na to nie lubimy, a przez to przekreślić na zawsze możliwość poznania kogoś interesującego. Dlatego trzeba do tego tematu podchodzić z rozwagą.
Kończąc, śmiało mogę stwierdzić, że to zawsze miło jest mieć swego sobowtóra, jakby własne odbicie w innym świecie. Ciekawe jak się wiedzie mojemu, a może moim sobowtórom??? - pozdrawiam ich wszystkich :-)
Aaa... i nie zapominajmy jednej rzeczy - my też jesteśmy czyimiś sobowtórami ;-)

wtorek, 7 maja 2013

The capitalcity of Romania - welcome to Bukareszt

Do stolicy Rumunii dostałem się jednym z tutejszych "PKS-ów". Wyjazd z tego samego dworca, na który przyjechałem, czyli AutoGara 1. Na chwilę przed wyjazdem spotkałem polskiego doktoranta, który kończył w Braszowie studia w zakresie antropologii. Zbyt wiele czasu na poznanie się nie było, gdyż każdy jechał w przeciwnym kierunku, w każdym razie zawsze to miło pogadać w swoim języku.
Do Bukaresztu przebijaliśmy się przez góry pokryte jeszcze sporą warstwą białego puchu, zatem piękne widoki zza okna urzekały swym urokiem. A ponieważ droga wiodła przez miejscowości turystyczne, to na każdym przystanku była łapanka turystów przez lokalną społeczność z kartkami "Free rooms"/"Frei Zimmer". Można było się poczuć przez chwilę jak w Zakopanem albo w Wiśle...
Na miejsce dotarłe późnym popołudniem. Końcowy przystanek był zlokalizowany gdzieś na totalnym wygwizdowie, a ja totalnie na to nieprzygotowany, bez mapy ruszyłem w nieznanym mi kierunku. Widok, który ujrzałem był z jednej strony przerażający, a z drugiej wręcz niesamowity i zaskakujący. Jak na stolicę tego bałkańskiego państwa Bukareszt przeraża, choć niepowala z nóg. Czasy komuny widoczne i wżarte na każdym kroku. Szaro, brudno, tłoczno, głośno, momentami nieprzyjemnie i wszędzie psy... większość bezpańskich, aczkolwiek wszystkie obkolczykowane niczym krowy zgodnie ze standardami Unii Europejskiej. Po 30 minutach dotarłem do McDonalda, gdzie mogłem w końcu odpalić laptopa i spojrzeć gdzie jestem. Shit!!! Do samego centrum miałem jakieś 10 km, a zbuta z pełnym plecakiem, jakoś mi się nie uśmiechało iść. I wtem spostrzegłem, że obok restauracji innej niż wszystkie, jest kolejne M jak Metro :-)
Niewiele myśląc zapakowałem się i wtargnąłem na peron niczym błyskawica. Szybko znalazłem właściwe połączenie do Nordgara 2, stacji najbliżej położonej hostelu o wdzięcznej nazwie Funky Chicken, gdzie miałem spędzić kolejne cztery noce.
Bez większych problemów odnalazłem moją stanicę, zlokalizowaną nota bene na przeciw pierwszego programu Radio Romania, gdzie przywitała mnie przesypatyczna Maria - zuch kobieta, cieszę się że mogłem ją poznać.
Przez hostel przewijali się różni ludzie, na mnie jednak największe wrażenie zrobiła grupa Francuzów, która odbywała praktyki w jednym z tamtejszych Carrefour-ów. Młodzi 18-latkowie, którzy po angielsku ni w ząb, zachowywali się, jakby byli zesłani do prac przymusów w jakimś obozie karnym i codziennie liczyli ile im jeszcze dni zostało do końca. Jedynym językiem jakim udało nam się skomunikować były szachy, dzięki którym rozegraliśmy niejeden turniej, a ile przy tym zabawy było - viva la France ;-)
Aby nie było, że tylko grałem w szachy. Otóż nie. W ciągu dnia, kiedy "dzieciaki" odrabiały pańszczyznę, ja miałem okazję odkrywać kolejne miejsca i punkty na mapie Bukaresztu. Praktycznie wszędzie widać rysy władzy Czauczesku, aczkolwiek są i miejsca gdzie zakwitł kapitalizm, który wdziera się do Rumunii wszelkimi możliwymi oknami i drzwiami. Podobnie jak w Warszawie, w Pradze, w Bratysławie czy w Budapeszcie, na każdym rogu widać wszystkim dobrze znane marki największych korporacji światowych.
Mnie natomiast urzekł budynek parlamentu rumuńskiego, wcześniejsza siedziba Komitetu Centralnego Robotniczej Partii Rumunii oraz siedziba przywódcy tego kraju, wspomnianego Czauczesku - jest to największy w Europie, a drugi na świecie zaraz po Pentagonie, budynek administracji publicznej. Niestety stojąc frontem do niego nie udało mi się go ująć w całości na jednym zdjęciu...
Oczywiście żeby nie było, że Bukareszt to tylko brzydkie miasto, bo jest brzydkie, są też ciekawe parki, skwery, a także udało mi się odnaleźć replikę Łuku Triumfalnego.
Ceny natomiast kosmiczne. Jeśli ktoś myśli, że jadąc tutaj za dużo nie wyda, to się grubo myli. Jest drożej niż w Polsce, a ceny porównywalne do warszawskich. Obecny kurs Lei do Złotówki to praktycznie 1:1. Na koniec ciekawostka - Rumunia jest pierwszym krajem europejskim, a drugim na świecie (pierwsza była i jest Australia), który wprowadził do obiegu plastikowe pieniądze. Można je prać, gnieść, próbować potargać i nic się z nimi nie dzieje - wypróbowałem i potwierdzam.
Generalnie stwierdzam, że warto wybrać się do Bukaresztu chociaż by tylko po to by móc docenić swoje własne miasto, miasteczko, miescowość, wieś...

piątek, 3 maja 2013

Siedmiogród, czyli jedziemy do Braszowa, Bran i Rosnov

Moja wizyta w Rumunii była dość pasjonująca. Z Cluj-Napoca wyruszyłem bladym świtem, bo o 5.30 musiałem już się stawić na dworcu. Podróż do Braszowa zajęła ok 6 godzin. Główne drogi są w miarę przejezdne, jednak jeśli chodzi o dziury w drogach, to możecie mi uwierzyć, że Polscy kierowcy nie powinni aż tak bardzo narzekać. Fakt widać, że do Rumunii popłynął spory strumień środków finansowych z UE na rozbudowę dróg i autostrad, gdyż dosyć często trzeba było się zatrzymywać w związku z ruchem wahadłowym. Co jednak w żaden sposób nie utrudniło kierowcy dotrzeć do celu podróży na czas.
Dworzec w Braszowie i jego okolice nie robią żadnego wrażenia, wręcz można by rzec nic specjalnego. Widoki typowej budowy socrealistycznej. Jednak jak już się dotrze do centrum, do starówki, to śmiało można rzec, że tutaj właśnie kończy się Europa. Mam na myśli tą chrześcijańską, rzymsko-katolicką część Europy. Starówka zadbana, bardzo klimatyczna, aż chce się po niej spacerować i cieszyć oczy tymi średniowiecznymi i renesansowymi zabudowaniami. Tutaj też można znaleść ślady nie tylko religii katolickiej, ale również ewangelickiej, żydowskiej oraz greko-katolickiej. Dlatego polecam, bo naprawdę warto się tu wybrać. Dla mnie to miasto to przedsionek do Europy, jednak co najważniejsze, nie jest jeszcze tak skomercjonalizowany, jak inne miasta w kierunku zachodu. A co najważniejsze miasto to jest zlokalizowane wśród gór, na których co jakiś czas znajdują się zabudowania starych fortec, do których też warto zajrzeć.
Zatrzymałem się w "Old Town Hostel", który akurat przechodził gruntowny remont, włącznie z wymianą okien. Mały, ciasny, jednak blisko najważniejszych atrakcji jakie Braszów oferuje. W hostelu poznałem niesamowitego człowieka imieniem Mark, który wyglądał niczym Jezus, a miał już 56 wiosen. Mark jest Luksemburczykiem i dość specyficznym przedstawicielem współczesnej ludzkości, wręcz dinozaurem. Zna osobiście Dalaj Lamę i jest totalnie wolnym, niczym nieograniczonym człowiekiem. W zeszłym roku, w kwietniu, wybrał się na pieszą wędrówkę z Portugalii do Tybetu w podzięce za uratowanie życia jego przyjaciółki. Jego podróż odbywa się dzięki drobnym datkom ludziom dobrej woli. Wspólnie z Markiem wdrapaliśmy się na górę, gdzie na szczycie niczym napis HOLLYWOD, widnieje i jest w nocy podświetlany napis BRASOV. Na górę można wjechać kolejką linową, aczkolwiek piesza wycieczka jest bardziej atrakcyjna. A z góry można już tylko podziwiać niesamowity widok na miasto i okolice oraz na inne okoliczne góry, wzniesienia, doliny, wybrzuszenia...
Z Braszowa jest całkiem niedaleko do Bran, gdzie znajduje się filmowy zamek Draculi, a można się tam dostać jednym z podmiejskich autobusów odchodzących z Autogara 2. Dla ludzi rządnych mocnych wrażeń mam złą wiadomość. Niestety zamek nie rzuca na kolana. Ba śmiało mogę stwierdzić, że w Polsce można znaleść bardziej okazałe i mroczne twierdze i zamczyska, niż ten znany na całym świecie... Kto był w Niedzicy to nic więcej w Branie nie odkryje. Tak po prawdzie w ogóle go nie kojarzę z żadnym z horrorów z wampirem Draculą w roli głównej. Zamek natomiast jest bardziej znany z tego, że sporą część swojego czasu spędziła tutaj ostatnia królowa Rumunii Maria Habsburg. Generalnie, arogancko i brutalnie podsumowując jaka królowa, taki kraj i taki zamek. Królowa piękna, jaki kraj, ale reszta nyndza z biedą. A jak nie od dziś wiadomo, "łod nyndzy do pinindzy", toteż potomkowie sławnej królowej odzyskali zamek i ciągną kasę z naiwnych turystów takich jak ja, ile się da. Potwierdzeniem tego są klimatyczne budy jak spod Gubałówki zlokalizowane u podnóża tego "strasznego i upiornego" zamku.
Po drodze do Bran mija się Rasnov i tutaj postanowiłem się zatrzymać w drodze powrotnej. Rasnov jest o tyle klimatyczny, że na górze znajduje się twierdza, żeby nie powiedzieć małe miasteczko zbudowane w średniowieczu przez okolicznych chłopów. Twierdza ta wzniesiona z powodu częstych ataków Tatarów, którzy często porywali lokalną ludność w jasyr, robi naprawdę spore wrażenie, a widok z góry jest piorunujący. Stąd można dostrzec horyzont Siedmiogrodu i praktycznie przenieść się w czasie do dawnych wieków średnich.
Na koniec z ciekawostek. W Rumunii bardzo popolarne są precle z solą, makiem i sezamem w cenie 1-1,5 LEI. Bardzo smaczne, szczególnie świeżo upieczone. Automaty na kawę są na banknoty. I pierwszy raz spotkałem się z jajomatem... tak skoro mogą być mlekomaty to czemu nie jajomaty. Zresztą w Rumunii wszystko jest możliwe ;-)

Prawie się poddałem...

... "prawie", jak swojego czasu pewien dobrze znany polski browar z Żywca się reklamował, "czyni różnicę". Nie było mnie tutaj 1,5 miesiąca a przez ten czas wiele się wydarzyło i co nie znaczy, że moje podróżowanie dobiegło końca. Wręcz przeciwnie. Życie pisze tak barwne scenariusze, że nigdy nie wiadomo, gdzie los nas rzuci. Najważniejsze jednak to umieć się odnaleźć w każdej sytuacji. A takich wyzwań czasem nam brakuje na co dzień. Tak jak zacząłem "prawie" sobie odpuściłem pisanie moich historii, przygód, wspomnień, co nie znaczy, że totalnie zarzuciłem pomysł i chęć dalszego prowadzenia mojego bloga, czego dowodem jest ów post. Dlatego postanowiłem się sprzęc i kontynuuować - dzięki Magda za porządnego motywatora ;-)
Sporo mamy do nadrobienia, bo jak już wcześniej wspomniałem sporo też się w tak zwanym międzyczasie wydarzyło. Nie postaram się, nie obiecuję, nie zarzekam się, że od dzisiaj będę na biężąco. Niemniej jednak podejmę trud, aby w miarę szybko i na moc możliwości nadrobić zaległości, tak by móc na stare lata tu zajrzeć i przeżyć to jeszcze raz :-D

poniedziałek, 18 marca 2013

Mroczna Transylwania, czyli lądujemy w Cluj-Napoca

W Transylwanii wylądowałem o 1-szej w nocy. Publicznego transportu o tej porze brak, a taksówkarze a i chętnie podwiozą za 10 EUR. Nie mając przy sobie żadnego RON-a, a raczej żadnej lei (lokalna waluta) i nie chcąc czekać do 5.30 rano na pierwszego busa zdecydowałem się na pieszą wycieczkę z lotniska do centrum miasta. Dystans dzielący mnie od hostelu wynosił ledwie 7 km, zatem pomyślałem sobie, że to będzie pestka dla mnie. Z początku poczułem się jak w latach 80-tych na wsi Brynica, u mojej babci Heli. Zabudowa domów ciągnących się wzdłuż ulicy, poodgradzanych różnej kombinacji płotami, gdzie praktycznie za każdym warował mniej lub bardziej groźny pies. Oczywiście była też spora różnica, gdyż tutaj zamiast wąskiej, dwukierunkowej drogi, była czteropasmowa ulica, a do tego babciną wieś można było pokonać w ciągu 10 minut, a tutaj końca nie było widać...
Mimo wszystko, z duszą na ramieniu, mijany co jakiś czas przez taksówki, które co chwilę się zatrzymywały chcąc mnie podwieźć, a czasem przez samotnie patrolujący drogę radiowóz raźno maszerowałem. W chłodzie, ciemności nocy, wśród ujadania psów, które czujnie pilnowały gospodarstw usytuowanych wzdłuż drogi i coraz wywoływały serię ujadania samotnie szedłem, gdyż poza mną nie było żadnej żywej duszy.
Po ponad godzinie drogi zabudowania wiejskie przerodziły się w istne blokowiska. Kolejny klimat komuny w postaci szarych, kilkunastopiętrowych bloków wyrósł niczym spod ziemi. I wtedy pech chciał, że źle nadepnąłem na krzywą płytkę chodnika i podeszwa w moim bucie pękła w tak niefortunny sposób, że wybiła się wenętrzna część buta, która zaczęła mi się wbijać wśródstopie. Mając ograniczone ruchy, gdyż buta nie szło od tak sobie naprawić, drobnymi krokami człapałem do centrum Cluj-Napoca (czyt. Kluż-Napoka), gdzie zlokalizowany był mój hostel "Transylvania".
Przemarznięty, kulawy i dosyć już wymęczony za pierwszym razem minąłem budynek, gdzie mieścił się hostel. Koniec końców odnalazłem go i tylko już się "modliłem", aby o 3ciej rano ktoś mnie wpuścił... udało się! Wpóścili mnie, poczętowali gorącą herbatą, ba nawet dostałem od razu ciepłe łóżko...
Następnego dnia, a raczej tego samego tylko później, ruszyłem na zwiedzanie miasta. Ponieważ nic od poprzedniego dnia nie miałem okazji przełknąć, pierwsze kroki skierowałem do zarekomendowanej przez obsługę hostelu restauracji. Klimat knajpki zlokalizowanej w podziemiach mini centrum handlowego był iście oryginalny. Coś w stylu regionalnej wiejskiej zagrody. Kartę dostałem po angielsku i bardzo mnie zainteresowała zupa z mięsem wołowym ze śmietaną i czosnkiem. Jakież zdziwienie na mojej twarzy zapanowało, kiedy dostałem po prostu flaczki... mimo iż tego typu rzeczy nie jadam, to tym razem z głodu przełamałem się i nawet zjadłem je ze smakiem :-)
Samo miasto, a raczej starówka przypomina skrzyżowanie Lublina z Lwowem. Kto był w tych miastach może trochę poczuć klimat. Generalnie jest to miasto uniwersyteckie, drugie co do wielkości w Rumunii. Zatem też na ulicach można spotkać sporą ilość młodzieży i praktycznie każdy gorzej lub lepiej zna język angielski i bardzo chętnie chce się popisać jego znajomością. Z atrakcji miejskich polecam przejść się parkiem miejskim oraz powspinać się po okolicznych pagórkach, skąd można zobaczyć piękną panoramę miasta. Mnie nie wiedzieć czemu ujął lokalny cmentarz, który przeszedłem wzdłuż i wszerz... zawsze to coś innego.
Podczas mojego pobytu w stolicy Transylwanii postanowiłem pójść na basen. W tym celu udałem się do uniwersyteckiego kompleksu sportowego zlokalizowanego niedaleko niedawno wybudowanego stadionu. Nie sądziłem, że trafię na basen z olimpijskimi wymiarami, czyli 50 metrów długości. Jeszcze nigdy w takim nie pływałem. W pierwszym momencie ogarnął mnie szok i niedowierzanie oraz myśl, że przecież ja chyba nie dam rady przepłynąć tego za pierwszym razem... oczywiście dałem radę, ba tak się rozkręciłem, że pływałem niczym wydra coraz mijając Rumunów, którzy raczej rekreacyjnie aniżeli sportowo tu pływali. Oczywiście nie mogło się to skończyć bez dodatkowych emocji. Po tym jak już się wypluskałem i chciałem otworzyć szafkę z moimi rzeczami, okazało się że nie mam kluczyka, który wcześniej był przytwierdzony do paska. Na szczęście pozostał numerek, który pozwolił na identyfikację kluczyka zapasowego. Pani w recepcji wysypała z worka 1000 kluczyków i zaczęły się poszukiwania tego właściwego. Na szczęście nie trwało to dłużej niż 5 minut. W każdym razie komu jak komu, ale tylko mnie takie rzeczy mogą się przytrafić ;-)

poniedziałek, 11 marca 2013

Deszczowa Walencja

I nastąpił ten smutny dzień kiedy nasza wspólna wyprawa dobiegła końca. Jakby nie było trochę się zżyliśmy z Dannym podczas wspólnych wojarzy i wspólnego podbijania Maroka i Hiszpani. Pożegnaliśmy się bez zbędnych słów, po prostu trzymaj się stary i do znowu :-)
Do Walencji udałem się tanimi liniami lotniczymi i to fakt udało mi się zdobyć bilet za 20 EUR. Dzięki temu mogłem zwiedzić dosyć sporej wielkości lotnisko w Maladze i muszę przyznać, że robi olbrzymie wrażenie. Na szczęście wszelkie znaki są tam na tyle czytelne, że nie sposób się było zgubić.
W Walencji wylądowałem niecałą godzinę później. Po wyjściu z terminalu zacząłem od poszukiwania busu i zdziwił mnie fakt, że poza mną tylko jedna parka jeszcze na niego czekała. Tak jakby to był jakiś archaizm przemieszczanie się lokalnymi busami. Oczywiście można skorzystać z metra, którego linia jest tutaj bezpośrednio poprowadzona, jednak ta atrakcja jest dosyć droga jak na budżet backpakersa, bo to wydatek rzędu 5 EUR. Mi na szczęście udało się dotrzeć do centrum za 1,45 EUR, szkoda tylko że mój hostel był zlokalizowany po przeciwnej stronie starówki, a na zegarach było już grubo po 23-ciej.
Zatem samotnie wędrowałem po nowym, nieznanym mieście, gdzie jak mi się wtedy zdawało, co chwilę natrafiałem na publiczne mapy pokazujące gdzie się obecnie znajduję.
Hostel o wdzięcznej nazwie "Low Cost Valencia" zrobił na mnie dosyć osobliwe wrażenie. Takiego wystroju już dawno nie widzialem, o ile w ogóle. To tak jakby pomieszać różne style, gdzie pośród wszystkiego górował klimat indyjski z Buddą na czele... choćby dlatego warto było się tam zatrzymać, aczkolwiek trzeba przyznać, że obsługa była bardzo miła i pomocna we wszystkich kwestiach. Tam też miałem możliwość poznać grupę amerykańskich i norweskich studentów, z którymi podczas wieczornych rozmów mieliśmy okazję porozmawiać o zmieniających się kulturach i wymienić doświadczenia na polu kultury.
Następnego dnia o poranku postanowiłem się zaopatrzyć w jakiś prowiant, gdyż samym powietrzem człowiek nie wyżyje. Na początku tylko kropiło. W drodze do supermarketu zboczyłem z mojej drogi na małą czarną i wtedy zaczął się mój koszmar... Po szybkiej kawie postanowiłem trochę "zaoszczędzić" drogi do supermarketu, gdyż zaczęło coraz mocniej padać. Pech chciał, że nie miałem przy sobie mapy. I zacząłem błądzić, krążyć, a w tym czasie mały deszczyk przemienił się w ścianę wodną. W ciągu kilku minut byłem prawie cały mokry, a do tego moje buty zaczęły przeciekać. I tak krążyłem przez następne 1,5 h przemoknięty do ostatniej nitki, a zamiast butów miałem zalane kajaki. I wtem nagle, niczym objawienie wpadłem na ów market, którego szukałem. Myślałem, że moje problemy się skończyły, zrobiłem zakupy, a to był dopiero początek mojej przygody. Byłem pewien gdzie jestem i pewien tego, że dobrze znam kierunek drogi powrotnej. Otóż myliłem się!!! W strógach deszczu i zalanych ulic zacząłem ponownie błądzić, nie raz chodząc w kółko. Czułem się jak w jakimś labiryncie, z którego nie ma wyjścia. Zacząłem szukać map, tych publicznych, i jak na złość na żadną nie potrafiłem natrafić. Zziębnięty, mokry od stóp do głowy, z zalanymi zakupami, pełen złości a zarazem bezradności wykrzyczałem do nieba: "I co jeszcze gorszego może mnie spotkać!!!" i tutaj, nie żartuję, i nie piszę tego aby podsycić moją opowieść, wzbogacić literacko moje wypociny... nastąpił grom i zaczęła się burza!!! W końcu po dwóch godzinach błąkania się i na skraju obłąkania nie wiem jakim cudem dotarłem do hostelu i przez półgodziny dochodziłem do siebie, a przez kolejne dwa dni słuszyłem ubrania i buty...
Trzeciego dnia deszcze ustały, a niebo stało się całkowicie czyste, a słońce rozbłysło na powrót. Jak to w życiu, tak i po każdej burzy, nastąpiła piękna pogoda. Wtedy udało mi się zwiedzić wspaniałą Walencję, tym razem przy użyciu mapy.
Konkluzje na koniec... nie rzucajmy niepotrzebnych słów na wiatr, bo niewiadomo gdzie on je poniesie... jeśli nie znasz miasta, zawsze miej przy sobie mapę ;-)